Jacek Kurski stawił się w Prokuraturze Krajowej, by odpowiedzieć na pytania w sprawie Zbigniewa Ziobry. Były prezes TVP i polityk PiS przyznał, że utrzymuje kontakt z byłym ministrem sprawiedliwości ukrywającym się w Stanach Zjednoczonych, ale stanowczo zaprzeczył, jakoby udzielał mu schronienia. Przesłuchanie zamienił przy tym w polityczną manifestację, kwestionując samą prokuraturę.
Po wyjściu z przesłuchania Kurski poinformował, że odpowiedział prokuratorom jedynie na kilka pytań. Najwięcej miejsca poświęcił jednak dementowaniu doniesień, jakoby gościł Ziobrę za oceanem.
Stanowczo oświadczam, że jest to nieprawda
— podkreślił, zapewniając, że były minister nigdy nie przekroczył progu domu jego i jego żony w Stanach Zjednoczonych.
Jednocześnie polityk nie ukrywał, że pozostaje z Ziobrą w bieżącym kontakcie. Dopytywany przez Polskie Radio, przyznał to wprost.
Mamy kontakt. Znam kilkudziesięciu Polaków przebywających w Stanach Zjednoczonych. Do tego grona dołączył Zbigniew Ziobro. Oczywiście rozmawiamy telefonicznie
Reklama
— wyjaśniał. Charakter tych rozmów przedstawił jako błahy i prywatny:
jakieś drobne rady w sprawach szkół, dzieci i tak dalej. To są rzeczy zupełnie życiowe, natomiast nie zajmuję się sprawą karną.
Trudno jednak nie zauważyć, że Kurski w jednym zdaniu zaprzecza udzielaniu pomocy, a w drugim potwierdza zażyłość z człowiekiem, którego ściga polski wymiar sprawiedliwości.
Sposób, w jaki Kurski potraktował samo przesłuchanie, dobrze oddaje linię całego obozu PiS wobec rozliczeń. Polityk zapowiedział, że jeszcze przed rozpoczęciem czynności złoży oświadczenie, w którym nie uznaje kierownictwa prokuratury i żąda zmiany składu przesłuchującego. To stała taktyka środowiska byłego ministra czyli podważanie legalności organów ścigania zamiast merytorycznego odniesienia się do zarzutów.
Kurski poszedł dalej, przedstawiając całą sprawę jako polityczną zemstę. Przekonywał, że zarówno wzywanie go na przesłuchanie, jak i samo ściganie Ziobry to działania polityczne wymierzone przeciwko opozycji. To narracja wygodna, bo pozwala ominąć sedno.
Warto, by Kurski pamietał, że prokuratura nie bada poglądów politycznych, lecz konkretne, opisane w zarzutach czyny związane z wydatkowaniem publicznych pieniędzy. Przedstawianie postępowania karnego jako prześladowania politycznego to próba ucieczki od odpowiedzialności w stronę martyrologii.
Tu trzeba też przypomnieć, czego właściwie dotyczy cała sprawa, bo to ona jest tłem przesłuchania Kurskiego. Zbigniew Ziobro jest, wraz z byłym wiceministrem sprawiedliwości, posłem PiS Marcinem Romanowskim, podejrzanym w śledztwie dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości.
Na byłym ministrze ciąży 26 zarzutów, w tym kierowania zorganizowaną grupą przestępczą oraz wykorzystywania zajmowanego stanowiska do działań o charakterze przestępczym. To nie są błahostki, lecz najcięższego kalibru zarzuty wobec człowieka, który przez lata kierował resortem sprawiedliwości i miał stać na straży prawa.
Fundusz, który powstał z myślą o pomocy ofiarom przestępstw, według prokuratury został zamieniony w narzędzie do rozdawania pieniędzy wybranym podmiotom. Ziobro uniknął jak dotąd odpowiedzialności, uciekając za granicę — w ubiegłym roku polskie władze unieważniły mu paszporty.
W tym kontekście deklaracje Kurskiego o życiowych rozmowach o szkołach i dzieciach z poszukiwanym przez polski wymiar sprawiedliwości brzmią co najmniej dwuznacznie. Bo gdy jedni Polacy domagają się rozliczenia afery na publicznych pieniądzach, inni — z tego samego obozu — telefonują do jej głównego podejrzanego z drobnymi radami.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze