Andrzej Poczobut spędził ponad pięć lat w białoruskiej kolonii karnej w Nowopołocku. Był odcięty od rodziny, od informacji, od języka polskiego — bo jego używanie było zakazane. Robił pompki w zimnej celi, żeby się ogrzać, i skrupulatnie notował ich liczbę. Studiował osiemdziesiąt tomów własnych akt sądowych. Przeżył. I teraz, kilka tygodni po powrocie do Polski, mówi wprost — chce wrócić na Białoruś. Nie z obowiązku. Z wyboru.
Andrzej Poczobut został uwolniony z białoruskiej katowni Łukaszenki w ramach międzynarodowej wymiany więźniuw pięciu za pięciu dzięki po latach spędzonych z łagrach białoruskiego reżimu.
Poczobut miał możliwość wyjścia na wolność już dwa miesiące po aresztowaniu w marcu 2021 roku. Warunek był jeden — opuścić Białoruś. Odmówił.
„Gdyby chodziło mi o moją osobistą sytuację, to ja bym w 2021 r. wyjechał. I nie przechodziłbym tych całych katuszy w Nowopołocku i byłbym dzisiaj zdrowszy, grubszy i bardziej uśmiechnięty" — powiedział PAP.
Reklama
Powodem decyzji o pozostaniu były dzieci. W tym samym czasie, gdy jemu oferowano wolność, uczniów polskiej szkoły wzywano na przesłuchania. Poczobut był w ZPB odpowiedzialny za opiekę nad miejscami pamięci narodowej — i to właśnie ta działalność została przez białoruską prokuraturę zakwalifikowana jako przestępstwo przeciwko ludzkości.
„Ja czułem się odpowiedzialny za te dzieci i nie wyobrażałem sobie, że ja wyjadę, a oni zostaną i ich będą »szarpać«" — wyjaśnił.
Na zwolnienie zgodził się dopiero wtedy, gdy uzyskał pewność, że będzie mógł wrócić. Jego uwolnienie stało się możliwe dzięki wielomiesięcznym zabiegom dyplomatycznym i skomplikowanej operacji służb specjalnych Polski, USA, Mołdawii i Rumunii.
W sierpniu 2022 roku białoruskie władze wysłały buldożery na nekropolię Armii Krajowej w Surkontach — miejsce, którym Związek Polaków na Białorusi opiekował się przez trzydzieści lat. Leżą tam żołnierze polegli w 1944 roku w nierównej walce z NKWD, w tym major Maciej Kalenkiewicz pseudonim „Kotwicz" — cichociemny i jeden z twórców polskich jednostek specjalnych. Poczobut dowiedział się o tym za kratami.
„To był jedyny dzień, kiedy pomyślałem: Panie Boże, dziękuję, że jestem w więzieniu, że nie jest mi tak wstyd, jak gdybym ja był na wolności i dopuścił do tego, że ten cmentarz został zrównany z ziemią" — wyznał.
Reklama
Zaraz jednak dodał, że zniszczenia nie osiągnęły swojego celu.
„Władze musiały w Surkontach zawiesić monitoring, bo tam natychmiast pojawiały się drewniane krzyże. Teraz, w czasach, kiedy jest takie zagrożenie, a nie inne. Jak można tych ludzi zostawić?" — pytał retorycznie.
Napis „Surkonty 1944" widnieje na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Ta pamięć, jak podkreślił Poczobut, nie dała się zabić — ani buldożerami, ani pięćdziesięcioma latami sowieckiego zakazu.
Wiadomość o rosyjskiej inwazji na Ukrainę dotarła do Poczobuta przez więzienne głośniki.
„Bodajże 22 czy 23 lutego wyprowadzono nas na spacer. Podczas spacerów często grało radio państwowe. Zrozumieliśmy, że Rosja zaatakowała Ukrainę, że rozpoczęła się wojna. Kiedy wróciliśmy do cel, na terenie całego więzienia przez głośniki włączono piosenki z czasów wojny — »Wstawaj, strana ogromnaja« i te wszystkie sowieckie hymny wojenne" — wspominał.
Strażnicy byli zadowoleni. Do czasu — gdy okazało się, że ukraiński opór jest prawdziwy i skuteczny, euforia wyraźnie opadła. Dziś Poczobut nie chce komentować bieżącej polityki — czuje, że po pięciu latach izolacji potrzebuje czasu, by nadrobić zaległości. Jedno mówi bez wahania:
„Chcę wrócić na Białoruś do swoich ludzi, do organizacji, która nadal działa, chociaż inne upadły."
Związek Polaków na Białorusi przetrwał jego nieobecność — ani jednego dnia nie zawiesił działalności. Ponad trzy tysiące dzieci uczy się teraz języka polskiego dzięki jego strukturom. Poczobut czuje się za to współodpowiedzialny. I nie zamierza zostawić tego bez swojej obecności.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze