Reklama

PiS chce odrzucić ustawę o statusie osoby najbliższej


Senacka debata nad ustawą o statusie osoby najbliższej znów zamieniła się w wojnę na słowa o małżeństwo, rodzinę i konstytucję. Tymczasem, jeśli odsunąć na bok emocje, zostaje całkiem przyziemny problem prawny: setki tysięcy ludzi, którzy płacą podatki, prowadzą wspólne gospodarstwa domowe i opiekują się sobą nawzajem, w oczach państwa pozostają dla siebie obcy. Spójrzmy na tę ustawę nie jak na manifest światopoglądowy, lecz jak na to, czym w istocie jest, czyli próbę domknięcia luki, która kosztuje realnych ludzi realne problemy.


Zacznijmy od treści, bo wokół niej narosło najwięcej nieporozumień. Ustawa zakłada, że dwie pełnoletnie osoby będą mogły zawrzeć przed notariuszem umowę, którą zarejestruje urząd stanu cywilnego. Taka umowa pozwoli uregulować między stronami kwestie, które w codziennym życiu potrafią urosnąć do dramatu: wspólność majątkową, obowiązek alimentacyjny, prawo do wspólnego mieszkania, dostęp do informacji medycznej oraz sprawy pochówku.

Co naprawdę jest w tej ustawie, a czego w niej nie ma

Do umowy będzie można dołączyć aneks z testamentami obu stron. Warto zatrzymać się przy tym, czego w ustawie nie ma, bo to klucz do całego sporu. Pełnomocniczka rządu do spraw równości Katarzyna Kotula podkreśliła, że w przepisach nie znalazł się ani jeden zapis dotyczący dzieci.

Reklama

Zawierana umowa nie przyzna żadnych praw do sprawowania pieczy nad biologicznym potomstwem partnera. To istotne, bo właśnie wokół dzieci przeciwnicy ustawy zbudowali najmocniejszą część swojej narracji. Tymczasem dokument mówi o majątku, mieszkaniu i szpitalu, a nie o adopcji.

Argumenty przeciwników i ich słabe punkty

Senatorowie Prawa i Sprawiedliwości złożyli wniosek o odrzucenie obu ustaw w całości. Janina Sagatowska argumentowała, że to

stworzenie małżeństwa bez użycia słowa małżeństwo,

a regulacja jej zdaniem promuje egoizm i związki na próbę, bez odpowiedzialności za rodzicielstwo. Inni senatorowie tej partii wskazywali na ryzyko metody małych kroków, która miałaby prowadzić do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, na możliwość zawierania fikcyjnych związków dla korzyści podatkowych oraz na niezgodność z artykułem 18 konstytucji. 

Reklama

Każdy z tych argumentów ma jednak słaby punkt, który warto nazwać. Zarzut o wprowadzanie małżeństwa jednopłciowego tylnymi drzwiami rozbija się o fakt, że umowa nie dotyka kwestii dzieci ani nie zrównuje stron z małżonkami w pełnym zakresie. Straszenie fikcyjnymi związkami dla korzyści podatkowych brzmi osobliwie w kraju, w którym fikcyjne małżeństwa dla korzyści majątkowych istnieją od dekad, a nikt na tej podstawie nie postuluje likwidacji małżeństw.

Co do konstytucji, artykuł 18 chroni małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, ale nie zakazuje państwu regulowania innych relacji międzyludzkich. Umowa o wspólnym pożyciu nie nadaje nikomu statusu małżonka, lecz porządkuje sprawy, które i tak dzieją się w życiu setek tysięcy ludzi.

Reklama

Liczby, które rozstrzygają spór skuteczniej niż emocje

I tu dochodzimy do sedna, które w tej debacie ginie pod ideologicznym hałasem. Polska jest dziś jednym z nielicznych krajów Europy bez jakiejkolwiek regulacji związków osób tej samej płci. Senator Krzysztof Kwiatkowski zauważył, że w tak wąskim gronie znajdują się obok nas głównie Rosja i Białoruś, czyli państwa, które, jak ujął to wprost, traktują obywatela przedmiotowo. To nie jest towarzystwo, do którego aspiruje kraj należący do Unii Europejskiej i NATO.

Za sporem stoją też twarde dane, które trudno zbić światopoglądem. Z Narodowego Spisu Powszechnego wynika, że liczba związków nieformalnych osób różnej płci wzrosła z 316,5 tys. w 2011 roku do 552,8 tys. w 2021 roku. Poparcie dla regulacji rośnie systematycznie, a sondaże CBOS pokazują, że akceptacja dla związków jednopłciowych zwiększyła się w ciągu dwóch dekad o ponad 20 punktów procentowych.

Reklama

Coraz więcej związków nieformalnych

Mówimy łącznie o około dwóch milionach Polek i Polaków, którzy żyją w związkach nieformalnych i których państwo dziś nie dostrzega. Jeśli senatorowie nie poprą wniosku o odrzucenie i przyjmą ustawy bez poprawek, trafią one na biurko prezydenta Karola Nawrockiego, który będzie miał 21 dni na podpis, weto albo skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego.

Przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2027 roku. I to właśnie wtedy, a nie podczas senackich przemówień, okaże się, czy deklaracje prezydenta z kampanii o otwartości na uregulowanie statusu osoby najbliższej były realną obietnicą, czy tylko wyborczym frazesem.

Reklama

Źródło: PAP / checkPRESS Aktualizacja: 25/06/2026 09:55
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo checkPRESS.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości