Sprawa warszawskiego Szpitala Południowego rozwija się z godziny na godzinę i z każdym dniem odsłania nowe, coraz bardziej skomplikowane wątki. To, co zaczęło się od głośnego wystąpienia byłego ordynatora chirurgii dr. Emila Jędrzejewskiego w Kanale Zero, dziś przeradza się w wielowątkowe śledztwo, audyty i polityczną burzę. Dla nas najważniejsze jest to czy życie i zdrowie pacjentów było zagrożone.
Z jednej strony mamy bardzo poważne zarzuty dotyczące bezpieczeństwa pacjentów. Z drugiej pojawiają się pytania o samego sygnalistę, jego motywacje i wiarygodność. A pośrodku tego wszystkiego pozostaje jedno najważniejsze pytanie: czy w Szpitalu Południowym rzeczywiście dochodziło do tak szokujących nieprawidłowości?
Dr Emil Jędrzejewski publicznie oskarżył kierownictwo placówki oraz lekarza Dawida Kacprzyka o dopuszczanie do sytuacji, które, jego zdaniem, mogły skutkować ciężkimi powikłaniami, a nawet śmiercią pacjentów. W rozmowie mówił o wadliwie wykonywanych procedurach, chaosie organizacyjnym oraz dopuszczaniu do pracy osób bez odpowiednich kompetencji.
Twierdził również, że alarmował o tym wcześniej kierownictwo szpitala oraz stołeczny ratusz, a nawet wysyłał wiadomości do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. To właśnie te słowa uruchomiły lawinę., której już nie da się powstrzymać. Efekt kuli śniegowej rośnie dosłowniez godziny na godzinę.
Prokurator generalny Waldemar Żurek niemal natychmiast zapowiedział weryfikację wszystkich spraw dotyczących Szpitala Południowego od 2023 roku. Chodzi aż o 32 postępowania, w tym 12 dotyczących zgonów pacjentów. Śledczy mają przeanalizować także te sprawy, które wcześniej zostały umorzone.
Równolegle w szpitalu rozpoczęto audyt miejski, kontrole NFZ oraz działania Państwowej Inspekcji Pracy. To pokazuje skalę sprawy. Ale właśnie wtedy wydarzył się zwrot, o którym nikt wcześniej nie pomyślał, bo były ordynator, zgodnie z wezwaniem stawił się w prokuraturze, ale efekty tej wizyty okazały się żadne.
Choć prokuratura wezwała dr. Jędrzejewskiego na przesłuchanie niemal natychmiast, sam lekarz nie zdecydował się składać pełnych zeznań. Jak wynika ze źródeł w prokuraturze, chirurg odmówił odpowiadania na pytania bez obecności pełnomocnika i złożył wniosek o przełożenie przesłuchania. Śledczy odmówili. W efekcie na kilkadziesiąt pytań odpowiadał milczeniem. Miał do tego prawo.
Przekazał jedynie dane dwóch pacjentów, których przypadki, jak twierdzi, mogą być kluczowe dla całej sprawy. To istotny moment. Bo z jednej strony można tłumaczyć to ostrożnością procesową. Z drugiej zaś pojawia się naturalne pytanie: skoro publicznie padają tak ciężkie oskarżenia, dlaczego nie zostały one od razu rozwinięte przed śledczymi?
Dr Jędrzejewski twierdzi, że pomiędzy wczorajszym wieczorem, a dzisiejszym południem po prostu nie udało mu się znaleźć pełnomocnika. I o tłumaczenie jest jak najbardziej do przyjęcia. Sprawa jest bowiem zbyt wielkiego kalibru, by stawać przed śledczymi i zeznawać bez adwokata.
Równolegle głos zabrał prezes Naczelna Izba Lekarska Łukasz Jankowski. Przyznał, że jest „zdruzgotany” i mówił o możliwej wielopoziomowej patologii. Zapowiedział przygotowanie wniosku o zawieszenie Dawida Kacprzyka w prawie wykonywania zawodu.
Problem polega jednak na czasie reakcji. Bo jak sam przyznał, formalne działania rozpoczęły się dopiero po medialnym ujawnieniu sprawy. A przecież, jak wynika z jego własnych słów, część zarzutów Jędrzejewskiego miała być potwierdzana przez innych lekarzy. A to już rodzi poważne pytania o skuteczność i sens działalności samorządu lekarskiego.
W ostatnich dniach media zaczęły ujawniać również informacje dotyczące samego Jędrzejewskiego. Według publikacji pozostaje on w sporze ze Szpitalem Południowym o ponad 531 tys. zł. W tle mają być zarzuty dotyczące fikcyjnych dyżurów oraz dopisywania się do zabiegów wykonywanych przez innych lekarzy.
Pojawiły się też informacje o jego dawnych planach biznesowych związanych z warszawskimi gruntami i prywatną kliniką medycyny sportowej. Te wątki jednak nie przekreślają jego zarzutów. Ale sprawiają, że śledztwo będzie musiało bardzo dokładnie oddzielić fakty od możliwych osobistych konfliktów.
To dziś najważniejsza kwestia. Jeśli Jędrzejewski rzeczywiście alarmował już w 2025 roku, jeśli część lekarzy miała potwierdzać nieprawidłowości, jeśli ratusz i kierownictwo szpitala miały sygnały, to dlaczego działania ruszyły dopiero po medialnej eksplozji?
To pytanie dotyczy nie tylko samego szpitala. Dotyczy całego systemu nadzoru nad bezpieczeństwem pacjentów. Bo jeśli instytucje reagują dopiero wtedy, gdy sprawa trafia do telewizji, to znaczy, że zawiodło coś znacznie większego niż pojedynczy człowiek. A tego śledztwa nie można już zamknąć prostym komunikatem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze