Pisaliśmy o tym w miniony weekend, gdy prezydent Karol Nawrocki odbierał Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego: po takim afroncie trudno oczekiwać, by ukraiński przywódca pojawił się w Polsce na kluczowym szczycie gospodarczym. Dziś to przewidywanie się potwierdza. Na czele ukraińskiej delegacji na Konferencji Odbudowy Ukrainy w Gdańsku stanie nie prezydent, lecz premierka Julia Swyrydenko. To pierwszy, całkiem wymierny koszt decyzji, która miała być gestem dumy, a okazuje się rachunkiem wystawionym polskim interesom.
Informację potwierdziła sama Julia Swyrydenko, ogłaszając, że to ona poprowadzi ukraińską delegację nad Motławą. To potwierdzenie naszych nieoficjalnych ustaleń, według których Wołodymyr Zełenski do Gdańska nie przyjedzie. Jak podają źródła stacji zbliżone do ukraińskich władz, prezydent Ukrainy konsultował tę sprawę z resortem spraw zagranicznych jeszcze 22 czerwca i właśnie wtedy zapadła decyzja, że na czele delegacji stanie premierka.
W dyplomacji takie roszady nie są przypadkowe. Obecność przywódcy państwa na szczycie to sygnał najwyższej rangi, zwłaszcza gdy w grze są kontrakty warte miliardy. Zastąpienie prezydenta premierką to gest czytelny dla każdego, kto zna język dyplomacji: Kijów obniża temperaturę relacji z Warszawą i wysyła sygnał chłodu.
Swyrydenko swoją misję opisała wprawdzie rzeczowo, podkreślając, że
ukraińska delegacja ma jasną misję: doprowadzić do zawarcia konkretnych porozumień, które wzmocnią potencjał obronny i odporność Ukrainy, a jednocześnie poszerzą współpracę gospodarczą z naszymi partnerami
— ale jedno zdanie z jej wpisu wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście ostatnich dni.
Bo premierka dodała coś, co trudno odczytać inaczej niż dyplomatyczną szpilę pod adresem Polski.
Ukraina szanuje swoich partnerów i opiera współpracę na zasadzie wzajemnego szacunku
Reklama
— napisała Swyrydenko. W normalnych okolicznościach byłby to kurtuazyjny frazes. Dziś, kilka dni po odebraniu Zełenskiemu polskiego odznaczenia, brzmi jak przypomnienie, że szacunek jest drogą dwukierunkową.
I tu dochodzimy do sedna tej sprawy, którą trzeba oceniać nie przez pryzmat emocji historycznych, lecz twardego rachunku interesów. Napięcie między Kijowem a Warszawą narosło po tym, jak Zełenski nadał jednostce specjalnej ukraińskiej armii imię odwołujące się do UPA.
Nawrocki, jak wiemy, odpowiedział odebraniem w miniony piątek, Orderu Orła Białego, co w Kijowie odebrano jako otwarty afront. Spór o pamięć jest zrozumiały i ofiary Wołynia zasługują na prawdę. Problem w tym, że jego skutki przeniosły się właśnie na grunt gospodarczy i to w najgorszym możliwym momencie.
Konferencja Odbudowy Ukrainy rusza w czwartek 25 czerwca i jest jednym z najważniejszych wydarzeń gospodarczych w tej części Europy. To duży międzynarodowy szczyt, na który zapowiadają się przywódcy państw europejskich, a stawką są kontrakty na odbudowę kraju, a więć przedsięwzięcie wyceniane na setki miliardów. Dla Polski, sąsiada Ukrainy z najlepszą pozycją wyjściową, to miało być okno na realny udział w tym torcie.
I właśnie dlatego nieobecność Zełenskiego to coś więcej niż protokolarny drobiazg. To sygnał, że polsko-ukraińskie relacje na najwyższym szczeblu właśnie się ochłodziły, a w biznesie chłód na górze przekłada się na konkrety na dole: na to, kto z kim rozmawia, kto kogo dopuszcza do stołu i czyje firmy wynegocjują najlepsze warunki.
Warto przypomnieć, że już w weekend cytowaliśmy ostrzeżenia, iż na polsko-ukraińskim zgrzytaniu najbardziej skorzystają inni gracze, gotowi zająć nasze miejsce. Dziś, gdy ukraiński prezydent rezygnuje z przyjazdu do Gdańska, te ostrzeżenia przestają być teorią. Gest, który miał pokazać siłę, wystawił właśnie pierwszy rachunek i płaci go nie Nawrocki, który order odbierał, lecz polska gospodarka.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze