Były prezes ORLENU, a dziś europoseł PiS Daniel Obajtek, siłą próbował wejść na teren należącej do ORLENU kopalni Solino, co skończyło się szarpaniną z prezesem spółki i wezwaniem policji. Sceny rozegrały się przed kamerami i natychmiast obiegły media. Problem w tym, że za tym politycznym wyreżyserowanym przez polityków Prawa i Sprawiedliwości spektaklem kryje się sprawa znacznie bardziej skomplikowana, niż chcą pokazać jej nowi obrońcy. A gdy przyjrzeć się jej pod kątem biznesowym, cały protest okazuje się dotyczyć czegoś zupełnie innego, niż głoszą transparenty.
Zacznijmy od tego, co wydarzyło się w środę. Daniel Obajtek, dziś europoseł Prawa i Sprawiedliwości, przyjechał do Inowrocławskich Kopalni Soli Solino, by dołączyć do protestujących górników. Prezes spółki Wojciech Kotlarek nie wpuścił go na teren zakładu. Obajtek próbował forsować wejście, powołując się na interwencję poselską, i między obydwoma doszło do szarpaniny. Były szef ORLENU twierdzi, że padł ofiarą przemocy oraz naruszenia nietykalności i zażądał wezwania policji.
Wcześniej pod bramą kopalni pojawił się także Mateusz Morawiecki, a Obajtkowi towarzyszył Przemysław Czarnek, którego Kaczyński mianował kandydatem na premiera w rządzie PiS, jesli ta partia wygrałaby wybory. Trudno o bardziej wymowny obraz. Cała czołówka poprzedniej władzy zjawia się pod jedną kopalnią, a wydarzenie z miejsca zmienia się w polityczną awanturę.
I tu trzeba nazwać rzecz po imieniu. Górnicy z Solino prowadzą rotacyjny strajk głodowy już od ponad 100 dni, od połowy marca, i mają realne powody do niepokoju, czego nie wolno lekceważyć. Ale od momentu, w którym pod bramą stają Obajtek, Morawiecki i Czarnek, protest przestaje być sporem pracowniczym, a staje się elementem szerszej wojny politycznej.
Najciekawsze jest jednak pytanie, które ci politycy sami na siebie ściągają. Prawo i Sprawiedliwość rządziło przez osiem lat, od 2015 do 2023 roku. ORLEN był przez ten czas spółką kontrolowaną przez państwo, a Daniel Obajtek kierował koncernem od 2018 roku, czyli przez pięć lat.
Jeżeli więc los Solino jest dziś tak dramatyczny, to nasuwa się proste pytanie. Dlaczego przez te lata, gdy mieli pełnię władzy, nie powstały nowe kopalnie, nowe złoża ani nowa warzelnia, i nie przygotowano żadnego państwowego programu dla przemysłu solnego?
Wymowne jest też, kto występuje dziś w roli sumienia ORLENU. Ten sam Daniel Obajtek usłyszał już prokuratorskie zarzuty dotyczące swojej działalności w koncernie, a media opisywały wydatki z firmowych kart zarządu na drogie restauracje czy palarnię cygar czy też operacje plastyczne i stomatologiczne.
Obowiązuje oczywiście domniemanie niewinności i o jego winie zdecyduje sąd. Ale samo zestawienie jest uderzające, bo człowiek rozliczany z tego, jak zarządzał ORLENEM, dziś poucza wszystkich, jak ORLEN powinien dbać o strategiczne aktywa.
A teraz sedno, które w całym tym zgiełku ginie. Bo gdy odrzucić polityczną pianę, okazuje się, że strajk w Solino nie jest wywołany problemami samego Solino. Kopalnia jako taka nie jest sprzedawana, nie jest likwidowana i nie należy do nikogo obcego. Jest i pozostaje spółką ORLENU.
Prawdziwe źródło niepokoju leży gdzie indziej, w zupełnie innej firmie. Chodzi o spółkę Qemetica, dawny CIECH, która jest głównym odbiorcą solanki z Solino, bo trafia do niej około 90 procent produkcji kopalni. I tu jest klucz. Qemetica nie jest spółką państwową.
Jej kontrolny pakiet sprzedano jeszcze w 2014 roku, a dziś należy ona do prywatnego biznesu Sebastiana Kulczyka. To prywatny właściciel, a nie rząd, podjął decyzję o sprzedaży biznesu solnego niemieckiemu koncernowi K+S, w transakcji wartej około półtora miliarda złotych, z finalizacją planowaną na początek 2027 roku.
Górnicy obawiają się więc nie o to, że ktoś zamyka Solino, lecz o to, że jeśli ich główny, prywatny odbiorca przejdzie w niemieckie ręce, kopalnia może stracić rynek zbytu. To tak, jakby mieli juz wizje tego, że podmiot zza naszej zachodniej granicy stanie sie właścicielem firmy tylko po to, by ją np. zlikwidować, nomen-omen słono za to płacąc.
Dlatego domagają się, by ORLEN przejął prywatną Qemeticę albo wpisał ją na listę spółek strategicznych. Innymi słowy, sercem tego sporu nie jest państwowa kopalnia w tarapatach, lecz obawa o los prywatnej spółki, która i tak zmienia właściciela na zagranicznego, na mocy decyzji jej prywatnego, polskiego dotąd biznesmena.
To rozróżnienie jest kluczowe, bo PiS celowo je zaciera, wrzucając wszystko do jednego worka z napisem wyprzedaż Polski. A prawda jest taka, że mamy tu prywatną transakcję między prywatnym właścicielem a niemieckim koncernem, wokół której narosła polityczna awantura.
Piłka rzeczywiście jest dziś po stronie rządu, bo to on kontroluje ORLEN i wcześniej czy później musi zdecydować, czy w tę prywatną układankę wchodzić za publiczne pieniądze. Ale to już decyzja biznesowa i strategiczna, a nie powód do szarpaniny przed kamerami.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze