Państwo przygląda się aferze neurochirurgów od ponad półtora roku i przez ten czas nie przesłuchało ani jednego z lekarzy, których dotyczy sprawa. Dopiero teraz, gdy temat wybuchł w mediach, a premier postawił ultimatum, minister zdrowia przedstawia rozwiązania. Rodzi się pytanie, czy to realna naprawa systemu, czy gaszenie pożaru pod presją.
Zacznijmy od faktu, który najlepiej oddaje bezwład państwa. Jak poinformowała zastępczyni szefa Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska, śledztwo w sprawie zabiegów wykonywanych przez spółkę neurochirurgów w szpitalu w Mogilnie toczy się od końca 2024 roku, a więc już ponad półtora roku. Przez ten czas przesłuchano kilkudziesięciu świadków i pacjentów oraz zlecono opinie biegłych. Nikomu jednak dotąd nie przedstawiono zarzutów.
Co więcej, i to jest najbardziej znamienne, w śledztwie nie przesłuchano jeszcze samych neurochirurgów, którzy wykonywali zabiegi. Prokuratura wciąż czeka na uzupełniające opinie biegłych z zakresu zarządzania szpitalami oraz rozliczeń z Narodowym Funduszem Zdrowia.
Trzeba tu jasno zaznaczyć, obowiązuje domniemanie niewinności, a sprawa jest na etapie ustaleń, nie wyroku. Śledztwo jest dwuwątkowe, i oba wątki pokazują, jak mogły wyciekać publiczne pieniądze. Pierwszy dotyczy tego, czy przy zawieraniu umowy poprzednia dyrekcja szpitala działała na jego szkodę.
Jak ustalono, firma zewnętrzna, nie ponosząc prawie żadnych nakładów, miała zagwarantowane 65 procent refundacji za każdą procedurę, podczas gdy szpital, który zapewniał salę, sprzęt i personel, dostawał tylko 35 procent. Nawet dla laika jest to bardzo niekorzystna umowa.
Drugi wątek dotyczy podejrzenia wyłudzenia refundacji. Z ustaleń śledztwa wynika, że podczas sobotnich wizyt wykonywano procedury tańsze i prostsze, a wykazywano droższe, wymagające hospitalizacji. W ten sposób Fundusz wypłacał wyższe refundacje, niż powinien.
Warto dodać szczegół, który pokazuje skalę zjawiska. Uczestniczące w zabiegach instrumentariuszki miały dostawać dodatkowo od 300 do 450 złotych miesięcznie. Kontrola NFZ zakończyła się karą dla szpitala w wysokości ponad 2,6 miliona złotych, choć placówka złożyła zastrzeżenia i trwa procedura odwoławcza.
I dopiero teraz, w środę, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiła konkretne propozycje. Ich lista jest długa. Resort chce wprowadzić maksymalny poziom wynagrodzenia dla pracownika medycznego, a stawką wyjściową ma być 240 złotych brutto za godzinę. Zderzmy tę liczbę z tym, o czym mówi afera. Spółka neurochirurgów miała rozliczać nawet 26 tysięcy złotych za godzinę. Kontrast mówi sam za siebie.
Do tego dochodzą kolejne zapowiedzi. Ministerstwo chce ograniczyć kominy płacowe, wprowadzić do końca roku e-kolejkę, która ma zapewnić przejrzyste zasady zapisów na zabiegi planowe, oraz rozpocząć kontrolę tak zwanych procederów walizkowych, czyli sytuacji, w których lekarze pracują w kilku szpitalach, wykonując wysoko wycenione procedury. Minister zapowiedziała też koniec przyzwolenia na zawieranie przez szpitale umów z zewnętrznymi spółkami.
I tu wracamy do pytania, które trudno pominąć. Dlaczego to wszystko dzieje się dopiero teraz? Skoro prokuratura bada Mogilno od półtora roku, skoro NFZ wpadł na trop po własnych analizach, to dlaczego rozwiązania systemowe pojawiają się dopiero po tym, jak sprawę nagłośniły media, a premier publicznie postawił minister ultimatum?
Obecny rząd obiecywał sprawczość i dowożenie konkretów. Pytanie, czy dzisiejsze zapowiedzi to dowód tej sprawczości, czy raczej reakcja wymuszona presją. Zostaje pytanie najważniejsze, o charakter tych zmian i szanse na realne zmiany poprzez nowelizacje przepisów.
Bo w tle stoją gigantyczne pieniądze i Narodowy Fundusz Zdrowia, który przy takich mechanizmach zaczyna przypominać studnię bez dna. Minister podała, że dziś udział kosztów wynagrodzeń w budżetach szpitali ze środków NFZ sięga średnio 81,3 procent. To pokazuje, jak niewielkie pole manewru zostaje na wszystko inne.
Jeśli zapowiedzi ministerstwa okażą się trwałą, systemową przebudową zasad wyceny i kontroli, będzie to realna zmiana. Jeśli jednak skończy się na kolejnych limitach wpisanych w tabelki, a kontrole nadal będą wykrywać nieprawidłowości po latach, wtedy dzisiejsza konferencja będzie tylko gaszeniem jednego pożaru. A pożarów w polskiej ochronie zdrowia, jak widać, nie brakuje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze