Prokuratura Okręgowa w Płocku umorzyła śledztwo w sprawie śmierci 31-letniego mężczyzny, którego ciało znaleziono we wrześniu 2024 roku w mieszkaniu wikariusza na plebanii w Drobinie. Powód umorzenia? Brak znamion przestępstwa. A jedyną karą, jaką w tej sprawie poniósł duchowny, było kościelne upomnienie. Żadnej laicyzacji. Żadnego usunięcia ze stanu kapłańskiego. Po prostu przeniesienie na inną plebanię i cisza.
Przypomnę: 7 września 2024 roku policja otrzymała zgłoszenie o zgonie mężczyzny w mieszkaniu wikariusza parafii w Drobinie. Wstępna sekcja zwłok wskazywała na niewydolność krążeniowo-oddechową. Brzmi niewinnie, prawie jak zawał w domu spokojnej starości.
Siódmego września 2024 roku policja otrzymała zgłoszenie o zgonie mężczyzny w mieszkaniu wikariusza parafii w Drobinie. Wstępna sekcja zwłok wskazywała na niewydolność krążeniowo-oddechową. Brzmi niewinnie, prawie jak zawał w domu spokojnej starości. Tyle że badania toksykologiczne, na które trzeba było czekać osiem miesięcy, pokazały coś zupełnie innego. Zgon nastąpił na skutek zatrucia organizmu różnymi substancjami. Nie serce, lecz substancje.
I tu dochodzimy do najciekawszego elementu tej historii. Z głównego śledztwa wyodrębniono osobne postępowanie w sprawie udzielania środków odurzających i substancji psychotropowych. To postępowanie wciąż trwa. Nikt jeszcze nie powiedział, skąd te substancje w mieszkaniu duchownego się wzięły ani kto je tam dostarczył.
Zastępca prokuratora okręgowego w Płocku Marcin Bagiński przekazał w ubiegłym tygodniu, że z ustaleń postępowania wynika, iż nikt nie spowodował, nawet nieumyślnie, śmierci tego mężczyzny. Umorzono też wątek nieudzielenia pomocy.
Brzmi to jak zamknięcie sprawy z przytupem, tylko że decyzja nie jest prawomocna. Pełnomocnik strony pokrzywdzonej złożył zażalenie do Sądu Rejonowego w Sierpcu, a termin posiedzenia w tej sprawie jeszcze nie został wyznaczony. Innymi słowy, po dwóch latach czekania na wyjaśnienie, rodzina zmarłego dostała odpowiedź, z którą się nie zgadza, a data, kiedy sąd w ogóle się tym zajmie, wisi w powietrzu.
A teraz przejdźmy do reakcji samego Kościoła, bo tu robi się jeszcze ciekawiej. Biskup płocki Szymon Stułkowski powołał specjalny zespół, który miał zbadać fakty i okoliczności, a następnie przekazać dokumentację do Stolicy Apostolskiej. Brzmi poważnie.
Efekt tej poważnej procedury? Wikariusz został zwolniony z funkcji i opuścił parafię. Dostał też upomnienie kanoniczne. To wszystko. Nie ekskomunika czy też wydalenie ze stanu duchownego. Kara, którą w świeckim świecie porównać można chyba do nagany w aktach pracowniczych.
Człowiek, w którego prywatnym mieszkaniu na terenie kościelnej nieruchomości zmarł mężczyzna zatruty nieustalonymi dotąd substancjami, dostał ustne upomnienie i przeniesiono go gdzie indziej. Prawdopodobnie dziś odprawia msze w innej parafii, przed innymi wiernymi, którzy zapewne nie mają pojęcia o całej tej historii.
Zestawmy to razem. Prokuratura mówi, że nikt nic nie zawinił. Kościół mówi, że wystarczy upomnienie. A jednocześnie osobne śledztwo w sprawie narkotyków wciąż trwa, sąd jeszcze nie orzekł w sprawie zażalenia, a młody mężczyzna od dwóch lat nie żyje. To jest dokładnie ten moment, w którym instytucje, świeckie i kościelne, wzajemnie się uzupełniają w jednym zadaniu: żeby jak najszybciej można było powiedzieć, że sprawa jest zamknięta.
Prokuratura zamyka wątek śmierci, zostawiając otwarty wątek narkotykowy, który jakoś nie budzi już takiej pilności medialnej. Kościół zamyka wątek personalny jednym upomnieniem, nie czekając nawet na prawomocne rozstrzygnięcie sądu. Gdyby to była plebania, na której ktoś ukradł tacę, pewnie czekałaby go surowsza kara niż za to, że w jego własnym mieszkaniu zmarł człowiek pod wpływem nieustalonych substancji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze