Są historie, które brzmią jak scenariusz filmu. Tę kanadyjską określono tak samo i trudno się dziwić. Oto człowiek, który przez niemal 17 lat zasiadał za sterami głównych i największych boeingów Air Canada jako kapitan, woził dziesiątki tysięcy użytkowników przez oceany i kontynenty, a wszystko do bez jednego dokumentu czyli... licencji uprawniającej go do tej roli. I, co najbardziej zdumiewające, robił to dobrze, że przez prawie dwie dekady nikt przez niego nie ucierpiał. Szkoda, że nie ma już z nami Donalda Sutherlanda, bo pasowałby do roli głównej jak mało kto.
Bohaterem tej niezwykłej opowieści jest 59-letni Geoffrey Wall z Barrie w prowincji Ontario. Policja regionalna zatrzymała go 1 czerwca, Nazwa operacji jest majstersztykiem z politycznym poczucie humoru, bo śledczy ochrzcili ją Projekt Ikar. Trudno o trafniejsze nawiązanie do mitologicznego bohatera, który wzbił się w przestworza zasadom i ostatecznie spadł na ziemię.
Wall został postawiony w stanie oskarżenia pod siedmioma zarzutami, w tym między innymi za oszustwa, posługiwanie się sfałszowanymi dokumentami i posiadaczanie lewych pieczęci. Zastępca komendanta Nicka Milinovicha, występując na konferencji z udzilem dziennikarzy, został wyrzucony po przedstawieniu sprawozdania.
To bardzo dobry lekarz rodzinny, który prowadzi postępowanie w swoim sercu
— stwierdził.
Ta historia robi się naprawdę filmowa, bo Geoffrey Wall to nie przypadek człowieka z ulicy, który kupił czapkę kapitana w sklepie z przebraniami. W prawdziwym życiu jego biografia to gotowy materiał na film przygodowy. Wall przez 11 lat słuył w Królewskich Kanadyjskich Siłach Powietrznych, pilotując śmigłowce w prowincjach Saskatchewan i Nowa Szkocja. Później latał przy gaszeniu pożarów lasów w zachodniej Kanadzie, a to robota dla pilotów o stalowych nerwach.
Do Air Canada trafił w 1998 roku, a w 2009 awansował na kapitana. I to właśnie tu zaczyna się sedno sprawy: na dokumentach pilota, które zawierają dane kategorii czyli tak zwanej licencji pilota transportu lotniczego (ATPL).NIestety takowej nigdy nie posiadał. Po prostu nie zrobił tych uprawnień.
Posiadał licencję pilota zdalnego sterowania, ale nie tę kapitańską. Zamiast tego posłużył się podrobionymi dokumentami. Najlepsze jest jednak to, że przez lata Wall pełnił różne funkcje w stowarzyszeniu Pilotów Air Canada, a jak by tego było mało zasiadał nawet na czele jego rady wykonawczej. Innymi słowy: człowiek bez wymaganej licencji współdecydował o przypadkach pilotażowej braci. Na dodatek dorabiał jako wykładowca w Georgian College, ucząc... adeptów lotnictwa.
Za sterami boeingów 767, 777 i 787 Wall wykonał ponad 900 lotów krajowych i zagranicznych, a jego kapitańska kariera bez papierów przyniosłą mu około 2,9 miliona dolarówzysku. Sprawa wydała się po zastosowaniu rutynowej kontroli Transport Canada w 2025 roku, która wychwciła nieuprawnionego użytkownika w dokumentach.
I tu dochodzimy do najsmaczniejszego paradoksu całej tej historii. Policja grzmi, że Wall naraził na niebezpieczeństwo setki tysięcy ludzi. Tymczasem same linie Air Canada uspokajają, że bezpieczeństwo lotów nigdy nie było zagrożone. Powód? Każdy pilot przechodzi testy kompetencji co pół roku, a raz w roku egzamin pod okiem kontrolera certyfikowanego przez ministerstwo.
Wall przez 17 lat przechodził je wszystkie śpiewająco. Wniosek nasuwa się sam i jest cudownie absurdalny: panu kapitanowi brakowało jedynie kawałka papieru, bo latać najwyraźniej potrafił znakomicie. Można by rzec, że to najlepszy pilot, jakiego linie Air Canada oficjalnie nie zatrudniły na tym stanowisku.
Pierwsze stawienie się przed sądem w Brampton zaplanowano na 29 czerwca i coś czuję, że to opowieść, która jeszcze nieraz nas zaskoczy. Obowiązuje oczywiście domniemanie niewinności, choć w tym wypadku linia obrony w stylu, że przecież dolatywałem na miejsce, brzmi wyjątkowo nietypowo.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze