Minister kultury Marta Cienkowska przekonuje m.in. dziś na forum parlamentu, że państwo nie finansuje artystów, lecz naprawia wieloletnią lukę w systemie ubezpieczeń społecznych. Tymczasem krytycy, nie bez racji, odpowiadają, że rząd tworzy kolejny przywilej dla wybranej grupy zawodowej, podczas gdy miliony Polaków zmagają się z podobnymi problemami bez specjalnego wsparcia.
Dyskusja wokół ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny staje się jednym z najgorętszych sporów społecznych ostatnich tygodni. Powód jest prosty: dotyka nie tylko kultury, ale także fundamentalnego pytania o to, komu i na jakich zasadach państwo powinno pomagać.
Według założeń projektu artyści o najniższych i nieregularnych dochodach mają otrzymywać dopłaty do składek ZUS oraz składki zdrowotnej. Nie będą to przelewy gotówkowe na konto twórcy. Państwo ma jedynie uzupełniać brakującą część składek do poziomu wynikającego z minimalnego wynagrodzenia. Środki mają trafiać bezpośrednio do ZUS.
Minister Cienkowska podkreśla, że celem nie jest rozdawanie pieniędzy, lecz zapobieganie sytuacji, w której twórcy po kilkudziesięciu latach pracy trafiają do pomocy społecznej, ponieważ przez specyfikę zawodu nie byli w stanie regularnie opłacać składek. Według resortu rozwiązanie może objąć około 21 tysięcy osób spośród około 62 tysięcy funkcjonujących w szeroko rozumianym sektorze kultury.
Najwięcej kontrowersji wywołuje jednak próg dochodowy. Dopłaty mają być dostępne dla osób, których średni roczny dochód z ostatnich lat nie przekracza około 68 tysięcy złotych brutto rocznie, czyli około 5880 zł miesięcznie. I właśnie tutaj zaczyna się społeczny problem.
Dla ministerstwa jest to dowód, że pomoc trafia wyłącznie do osób o relatywnie niskich dochodach. Dla krytyków to dowód na całkowite oderwanie od rzeczywistości wielu pracujących Polaków. Bo przecież miliony obywateli zarabiają podobne kwoty lub nawet mniej. Kierowcy, pracownicy magazynów, opiekunowie osób starszych, kasjerzy, pracownicy ochrony czy wielu przedstawicieli zawodów usługowych również boryka się z niestabilnością finansową.
Nie mają jednak dedykowanej ustawy, gwarantującej dopłaty do składek. To właśnie ten kontrast napędza dzisiejszą debatę. Bo w efekcie to cała reszta społeczeństwa, w tym grupy najmniej zarabiające, mają solidarnie składać się na dopłaty dla artystów.
Drugim najbardziej kontrowersyjnym elementem projektu jest wprowadzenie formalnego statusu artysty zawodowego. Bez uzyskania takiego statusu nie będzie można korzystać z systemu dopłat. Status ma być przyznawany na pięć lat, a w szczególnych przypadkach nawet na osiem lat. Resort argumentuje, że bez takiej procedury nie byłoby możliwe odróżnienie osób rzeczywiście wykonujących zawód artystyczny od tych, które zajmują się twórczością okazjonalnie.
Krytycy widzą jednak w tym rozwiązaniu coś znacznie bardziej problematycznego. Państwo po raz pierwszy w historii III RP ma stworzyć formalny mechanizm oceny, kto zasługuje na miano zawodowego artysty. Dla wielu osób brzmi to jak niepotrzebna ingerencja administracji w obszar, który z natury powinien pozostawać wolny od urzędniczych definicji.
Najwięcej emocji budzi jednak skala całego systemu. W procesie opiniowania i przyznawania statusów ma uczestniczyć aż 145 osób, tworzących komisje eksperckie, reprezentujące różne dziedziny sztuki. Już sama ta liczba wywołała lawinę komentarzy. Bo dla zwolenników projektu jest dowodem na próbę zapewnienia reprezentacji wielu środowisk twórczych, a dla przeciwników stanowi symbol rozrastającej się biurokracji i koryciarstwa.
W przestrzeni publicznej pojawiły się również informacje o wysokich wynagrodzeniach członków komisji. W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana. Część mediów podawała bardzo wysokie szacunkowe kwoty, jednak późniejsze analizy wskazywały, że wynagrodzenie ma być naliczane za ocenę konkretnych wniosków.
Nie będzie to więc stała pensja za uczestnictwo w komisji. Przy określonej liczbie rozpatrywanych spraw miesięczne wynagrodzenie może jednak nadal osiągać poziom kilku tysięcy złotych brutto. Praca dla całej rzeszy osób, wyłanianej zapewne spośród bliższych i dalszych znajomych pani ministry i tych, którzy zasłużą na jej uznanie.
Wokół kosztów programu również panuje sporo zamieszania. Resort kultury podkreśla, że dopłaty będą zmienne i uzależnione od realnych dochodów twórców. Nie każdy uprawniony otrzyma pełne wsparcie, a wysokość dopłat będzie różna w zależności od sytuacji konkretnej osoby.
Jednocześnie w dokumentach i analizach pojawiają się bardzo różne szacunki kosztów. Najczęściej wskazuje się, że same dopłaty do składek mogą kosztować od około 238 do nawet 336 milionów złotych rocznie, w zależności od liczby uprawnionych i wysokości wypłacanych dopłat.
Zwolennicy projektu odpowiadają, że wydatki te należy traktować jako inwestycję ograniczającą przyszłe koszty pomocy społecznej oraz ochrony zdrowia. Ministerstwo podkreśla również, że kultura generuje około 4 proc. polskiego PKB i nie może być traktowana wyłącznie jako koszt budżetowy. Dlaczego więc na te setki milionów złotych nie powinni się zrzucać najlepiej zarabiający artyści np.w formie odpisów podatkowych?
Podczas środowego wystąpienia w Sejmie ministra kultury broniła projektu bardzo zdecydowanie. Przypominała, że państwo już dziś finansuje składki różnych grup zawodowych, między innymi duchownych. Jej zdaniem artyści są jedynie kolejną grupą, która zostaje włączona do istniejącego systemu zabezpieczenia społecznego.
Nie stać państwa na to, żeby polscy artyści funkcjonowali poza systemem ubezpieczeń społecznych
– argumentowała. Ciekawe, bo chyba łatwiej byłoby po prostu pozbawić księży finansowania składek ZUS z kieszeni wszytkich, także niewierzących i nie będących katolikami płatników? O tym, jak widać, minister Cienkowska nie pomyślała.
Polityczka przekonywała również, że patriotyzm oznacza odpowiedzialność za ludzi tworzących współczesną kulturę, a bezpieczeństwo socjalne twórców jest inwestycją w polską tożsamość, język i dziedzictwo. W swoim wystąpieniu przypomniała także postać Cypriana Kamila Norwida, który zmarł w ubóstwie mimo późniejszego uznania za jednego z największych polskich poetów. Ubóstwo w roku 2026 za 5880 zł miesięcznie, bo jest się artystą?
To właśnie tutaj znajduje się sedno całego sporu. Nie chodzi już wyłącznie o kulturę. Chodzi o pytanie, czy państwo powinno tworzyć kolejne szczególne systemy dla wybranych grup zawodowych, czy raczej reformować cały system zabezpieczenia społecznego tak, aby odpowiadał potrzebom wszystkich osób pracujących nieregularnie.
Zwolennicy ustawy mówią o historycznym naprawieniu wieloletniej niesprawiedliwości wobec ludzi kultury. Przeciwnicy widzą w niej kolejny przykład państwa, które zamiast upraszczać system, tworzy nowe komisje, nowe procedury i nowe wyjątki. Jedno jest pewne. Niezależnie od dalszych losów projektu, debata o tym, kto i na jakich zasadach zasługuje na wsparcie państwa, dopiero się zaczyna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze