Reklama

Policyjny Mustang rozbity. Kierująca Golfem ukarana mandatem 2 tys. zł


Jedyny policyjny Ford Mustang w Polsce w wersji GT ma już za sobą to, co Mustangi robią najlepiej, czyli spektakularną kolizję. Tym razem kierujący nie owinął sie wokół drzewa. Owiany sławą radiowóz, duma radomskiej drogówki, przetrwał w służbie zaledwie trzy miesiące i 21 dni, zanim skończył wbity w ogrodzenie posesji. Amerykański rumak po raz kolejny udowodnił, że sława niewdzięcznego potwora nie wzięła się znikąd. Takim specyficznym autem po prostu tzreba umieć jeździć.


To nei był zwykły wypadek drogowy, a tak naprawdę w świetle przepisów po prostu kolizja.Do zdarzenia doszło w czwartek na mazowszu w miejscowości Milejowice pod Radomiem. Według informacji, które przekazała radomska policja, radiowóz wyprzedzał inne pojazdy na sygnałach uprzywilejowania, gdy kierująca Volkswagenem Golfem rozpoczęła manewr skrętu w lewo. Efekt był taki, że Mustang wylądował w ogrodzeniu posesji, a Golf w rowie.

Efektowne wjazd prosto w płot, przód skasowany

Jak wspomniałem zdarzenie, w którym nikt nie ucierpiał, nie ma osób rannych nie jest przez prawo kwalifikowane jako wypadek drogowy. Okoliczności wyjaśnia policja, ale na tę chwile wiadomo, że kierująca ponosi winę, bo nie upewniła się przed mamnewrem czy moze go bezpiecznie wykonać. Faktem pozostaje jednak, że jedyny taki radiowóz w kraju na jakiś czas znika z tras, o ile koszt naprawy nie przekroczy wartości leciwego auta. Dodam przy tym, że średni wiekauta policyjego w Polsce to około 8 lat.

Reklama

Wiemy jak saleńcze przeliczniki zniszczonych części mają w takich sytuacjach mają likwidtorzy.J eszcze większą ironią jest jednak historia tego konkretnego egzemplarza. Bo zanim Mustang trafił w ręce policji, należał do kogoś, kto również nie popisał się za jego kierownicą. Pojazd uległ przepadkowi, gdy jego poprzedni właściciel wsiadł za kółko, mając ponad 1,5 promila alkoholu we krwi.

Wyobraźmy sobie teraz minę tamtego pana. Najpierw państwo odbiera mu ukochanego Mustanga za jazdę po pijanemu, robi z niego radiowóz, a po trzech miesiącach ten sam wóz i tak ląduje w płocie. Trudno o bardziej gorzką satysfakcję. Można powiedzieć, że ten samochód po prostu nie ma szczęścia do kierowców, niezależnie od tego, czy siedzi w nim pijany cywil, czy trzeźwy funkcjonariusz.

Reklama

Mustang to mistrz niekontrolowanych poślizgów

Nie ma w tym zresztą wielkiego zaskoczenia. Ford Mustang w wersji GT to auto z napędem na tylną oś, wyposażone pięciolitrowy silniki w układzie V8 o mocy 450 koni mechanicznych. Do setki rozpędza się w niecałe 5 sekund, a prędkość maksymalna sięga 249 kilometrów na godzinę.

Brzmi imponująco, ale ta kombinacja dużej mocy i napędu na tył od lat czyni z Mustanga bohaterem niezliczonych filmików, na których kończy jazdę na barierce, w krzakach, na latarni albo w tłumie gapiów pod imprezą. To auto wymaga wprawnej ręki i szacunku, a wybacza niewiele. Sadzanie za jego kierownicą kierowców przyzwyczajonych do spokojniejszych radiowozów to proszenie się o kłopoty. I życie, jak widać, szybko to zweryfikowało.

Reklama

Drogie, szpanerski i wcale nie najszybsze

Na koniec największy paradoks. Cała ta afera dotyczy auta, które wcale nie jest w policyjnej flocie najszybsze. Owszem, wygląda efektownie i przyciąga wzrok, ale jego osiągi nie odstają od tego, czym drogówka już dysponuje. Dla porównania, w grudniu ubiegłego roku do floty dołączyły nieoznakowane Cupry Leon.

Mają znacznie mniejszy, bo dwulitrowy silnik i skromniejszą moc,która wynosi 333 konie, a mimo to nie ustępują Mustangowi. Do setki rozpędzają się nawet szybciej, w 4,8 sekundy, a ich prędkość maksymalna to 250 kilometrów na godzinę. Innymi słowy, policja miała już auta równie szybkie, tańsze i znacznie mniej skłonne do tańca na mokrej nawierzchni. Ale one nie robią takiego wrażenia na zdjęciach. A jak się okazało, robienie wrażenia bywa kosztowne.

Reklama

Efektowny wjazd prosto w płot

Do zdarzenia doszło w czwartek w Milejowicach pod Radomiem. Policyjny oznakowany Ford Mustang GT, jadący jako pojazd uprzywilejowany z włączonymi sygnałami świetlnymi i dźwiękowymi, wyprzedzał kolumnę samochodów. W tym samym czasie kierująca Volkswagenem Golfem rozpoczęła manewr skrętu w lewo, doprowadzając do zderzenia z radiowozem.

Po uderzeniu Mustang wypadł z drogi i zatrzymał się dopiero na ogrodzeniu jednej z posesji, a Golf wylądował w przydrożnym rowie. Na szczęście nikt nie odniósł obrażeń. Sprawa została już wyjaśniona przez policję. Funkcjonariusze uznali, że za spowodowanie kolizji odpowiada kierująca Volkswagenem. Kobieta została ukarana mandatem w wysokości 2 tys. zł, a na jej konto trafiło także 10 punktów karnych.

Reklama

Trudno nie wspomnieć wypadku Beaty Szydło

To zdarzenie przywołuje skojarzenia z jednym z najgłośniejszych wypadków drogowych ostatnich lat, do którego doszło 10 lutego 2017 roku w Oświęcimiu. Rządowa kolumna z premier Beatą Szydło poruszała się jako pojazd uprzywilejowany, gdy kierujący Fiatem Seicento rozpoczął skręt w lewo. Doszło do zderzenia, po którym rządowa limuzyna uderzyła w drzewo.

W tamtej sprawie sądy obu instancji uznały, że bezpośrednim sprawcą wypadku był kierowca Fiata Seicento, który nie zachował szczególnej ostrożności podczas wykonywania manewru skrętu w lewo i nie ustąpił pierwszeństwa jadącej kolumnie uprzywilejowanej.

Reklama

Batalia sądowa przyniosła niewiele

Jednocześnie sądy zwróciły uwagę na uchybienia po stronie funkcjonariuszy zabezpieczających przejazd, między innymi dotyczące sposobu poruszania się kolumny i sygnalizacji, jednak nie miały one wpływu na przypisanie odpowiedzialności karnej kierowcy małego Fiata, który wykończył pancerną limuzynę wartą miliony.

Również w Milejowicach radiowóz poruszał się jako pojazd uprzywilejowany. Według ustaleń policji kierująca Golfem rozpoczęła skręt w lewo w chwili, gdy Mustang wykonywał manewr wyprzedzania na sygnałach. W obu przypadkach wspólnym elementem był więc manewr skrętu w lewo wykonywany przed nadjeżdżającym pojazdem uprzywilejowanym. Na tym podobieństwa się jednak kończą, ponieważ w Milejowicach zdarzenie zakończyło się jedynie kolizją i nikt nie odniósł obrażeń.

Reklama

Wyobraźmy sobie minę byłego właściciela

Największą ironią pozostaje jednak historia samego samochodu. Przypomnę, że zanim Mustang trafił do policyjnej floty, został skonfiskowany kierowcy, który prowadził go, mając ponad 1,5 promila alkoholu we krwi. Państwo odebrało mu auto i oddało policij.

Funkcjonarusz szpanerski sportowy pojazd w radiowóz, a zaledwie po niespełna czterech miesiącach służby policyjny Mustang zakończył jazdę na ogrodzeniu. Trudno o bardziej przewrotną historię. Można odnieść wrażenie, że ten konkretny egzemplarz wyjątkowo nie ma szczęścia do swoich kierowców.

Reklama

Źródło: PAP / checkPRESS Aktualizacja: 10/07/2026 11:37
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo checkPRESS.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości