Sąd Okręgowy w Warszawie nie wydał Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Zbigniewa Ziobry. Powód jest tak prozaiczny, że aż bolesny: nie wykazano, że były minister sprawiedliwości przebywa na terenie Unii Europejskiej. Nic dziwnego, bo Ziobro od maja siedzi w Stanach Zjednoczonych. Polskie państwo przez pięć miesięcy przygotowywało nakaz ważny w Europie na człowieka, który zdążył w tym czasie przelecieć Atlantyk. Orzeczenie jest niezaskarżalne.
Cofnijmy się do lutego. Sąd rejonowy zgadza się na tymczasowy areszt Ziobry, prokuratura wydaje za nim list gończy i kieruje do sądu wniosek o ENA. Ziobro przebywa wtedy na Węgrzech, czyli na terytorium Unii Europejskiej, korzystając z azylu przyznanego przez rząd Viktora Orbana. To jest moment, w którym Europejski Nakaz Aresztowania ma sens, bo pozwala zatrzymać ściganego w każdym kraju Wspólnoty.
I wtedy zaczyna się procedura, która trwa i trwa. Najpierw wyłącza się jeden sędzia, potem druga sędzia. Obrona składa kolejne wnioski formalne, do których ma pełne prawo, a które skutecznie odwlekają decyzję. Dopiero na początku czerwca do rozpoznania sprawy losuje się nowego sędziego.
W tym czasie, 10 maja, Ziobro informuje, że jest już w Ameryce. Wyleciał, jak ustaliła prokuratura, z Mediolanu do Nowego Jorku, posługując się wizą członka zagranicznych mediów. W Stanach zostaje komentatorem politycznym Telewizji Republika.
Efekt jest taki, że w poniedziałek sąd rozpoznaje wniosek o nakaz europejski wobec człowieka, który od dwóch miesięcy nie jest w Europie. I musi go oddalić, bo nie ma innego wyjścia. To samo dotyczy równolegle złożonego wniosku o nakaz aresztowania na terenie Wielkiej Brytanii.
I tu trzeba powiedzieć rzecz, którą sztab byłego ministra będzie dziś przemilczał. Ta decyzja nie ma nic wspólnego z oceną zarzutów. Sąd nie stwierdził, że Ziobro jest niewinny, że śledztwo jest polityczne ani że prokuratura nie ma dowodów. Stwierdził wyłącznie, że nie można wystawić europejskiego nakazu na człowieka, którego nie ma w Europie.
Co więcej, ostatnie dni były dla Ziobry fatalne. 1 lipca Sąd Okręgowy utrzymał w mocy decyzję o tymczasowym areszcie, oddalając zażalenia obrońców. Dzień później okazało się, że Węgry, już pod rządami Petera Magyara, cofnęły status uchodźcy Ziobrze, jego żonie Patrycji Koteckiej-Ziobro oraz Marcinowi Romanowskiemu, a ich dokumenty podróży zostały unieważnione.
Nowy węgierski premier oświadczył, że jego kraj nie będzie wysypiskiem dla przestępców poszukiwanych przez społeczność międzynarodową. Innymi słowy, człowiek, który chwalił się azylem od Orbana, stracił go w ciągu tygodnia. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiedział pismo do amerykańskiej służby imigracyjnej ICE z pytaniem, na jakiej podstawie Ziobro przebywa w Stanach bez ważnego dokumentu. Wniosek o ekstradycję jest gotowy.
Byłoby jednak nieuczciwie zamknąć ten tekst na tym, bo obraz jest bardziej gorzki. Państwo miało pięć miesięcy i przegapiło okno. Gdyby nakaz europejski wydano wtedy, gdy Ziobro siedział jeszcze w Budapeszcie, dziś rozmawialibyśmy o zupełnie innym scenariuszu. Nie zdążono.
Do tego dochodzi kolejne potknięcie. Sam Żurek przyznał, że sąd drugiej instancji nie uznał wszystkich zarzutów za uprawdopodobnione, przez co prokuratura musi teraz poprawić wniosek ekstradycyjny, żeby, jak to ujął minister, amerykański sąd federalny nie mógł się przyczepić do żadnego punktu. Przypomnijmy, że w maju Żurek zapowiadał złożenie tego wniosku „w poniedziałek". Minęły dwa miesiące.
A procedura, która czeka, jest wyjątkowo trudna. Jak przypominają prawnicy, ostateczną decyzję o ekstradycji podejmuje w Stanach sekretarz stanu, czyli czynny polityk. Obrona Ziobry zapowiada, że będzie przed amerykańskim sądem podnosić argumenty o stanie praworządności w Polsce i o „neosędziach". Warto dodać, że Interpol odmówił wydania czerwonej noty wobec Romanowskiego, co obrońcy również wykorzystają.
Bilans jest zatem taki. Ziobro nie wygrał nic prócz czasu, ale czas w tej grze jest towarem najcenniejszym. Stracił azyl, stracił dokumenty, ma prawomocnie potwierdzony areszt i wisi nad nim ekstradycja. A jednocześnie siedzi bezpiecznie w Nowym Jorku, komentuje polską politykę dla przyjaznej telewizji i patrzy, jak polskie państwo składa wnioski do złych krajów.
Prokuratura chce postawić mu 26 zarzutów w sprawie Funduszu Sprawiedliwości. Ziobro nie przyznaje się do winy i twierdzi, że sprawa jest polityczna, a obowiązuje wobec niego domniemanie niewinności. Ale sprawiedliwość, która porusza się wolniej niż podejrzany, przestaje być sprawiedliwością. Staje się formalnością, którą można przeczekać za oceanem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze