Reklama

Sukces Polski w Gdańsku: PZU funduje kościół w Kijowie


Są takie stanowiska, na których trudno cokolwiek zepsuć, bo wystarczy nie przeszkadzać, a sukces przyjdzie sam. Pełnomocnik rządu do spraw odbudowy Ukrainy to dokładnie taka funkcja. Polska leży tuż przy granicy, jest naturalnym zapleczem, pomostem do Unii i hubem logistycznym, przez który i tak przejeżdża wszystko, co jedzie na wschód. Wystarczyło to odpowiednio ograć. A jednak Pawłowi Kowalowi udała się sztuka pozornie niemożliwa. Mając w ręku najlepsze karty w Europie, wyłożył na stół list intencyjny o odbudowie kościoła. Przyjrzyjmy się, jak wygląda nieskuteczność w wykonaniu mistrza.


Zacznijmy od tego, czym pełnomocnik dysponował, bo to obnaża skalę zmarnowanej szansy. Jeszcze w kwietniu 2025 roku Kowal chwalił się publicznie konkretnymi liczbami. Mówił o 250 milionach złotych dla polskich firm, które chcą uczestniczyć w odbudowie, o 56 milionach euro na granty oraz o kilkuset milionach euro w gwarancjach w ramach unijnego instrumentu Ukraine Facility.

Setki milionów w ręku, zero na stole

Do tego wszystkiego dorzucał wizję Polski jako jednego wielkiego hubu odbudowy i zapewniał, że nikt już nie powie, że nie jesteśmy przygotowani. Pięknie to brzmiało. Tylko że od deklaracji do efektu droga okazała się dłuższa, niż pełnomocnik obiecywał. Bo, gdy w Gdańsku przyszło co do czego czyli do podpisywania umów, to mer Lwowa Andrij Sadowyj samodzielnie zawarł aż sześć konkretnych porozumień z partnerami z Czech, Litwy, Szwecji, Niemiec i Francji.

Reklama

Wśród nich nie było ani jednej polskiej firmy. Setki milionów w dyspozycji pełnomocnika, instrumenty, granty, gwarancje, a na własnej konferencji Polskę przy stole kontraktów po prostu pominięto. To nie jest pech. To jest miara skuteczności człowieka, który tym procesem miał kierować.

Miesiące ciszy czyli rozliczenie, którego nie ma

Najbardziej wymowne jest jednak to, czego o pracy Kowala nie mogę się dowiedzieć: co konkretnie zrobił pełnomocnik? Jakie dokumenty przygotował i jakie korzyści przyniósł polskim firmom. No i oczywiście ile to wszystko kosztowało? Moim zdaniem, gdyby pełnomocnik miał się czym pochwalić, to już dawno by to zrobił, najlepiej z fanfarami i konferencją prasową.

Reklama

Polityk, który osiąga sukcesy, nie chowa ich miesiącami przed opinia publiczną. Milczenie w tej sprawie jest samo w sobie odpowiedzią, i to odpowiedzią miażdżącą. Człowiek odpowiedzialny za jeden z największych projektów gospodarczych w historii regionu nie potrafi wykazać, co właściwie zrobił. Tak to wygląda z mojej perspektywy.

List intencyjny zamiast kontraktów, czyli sukces opakowany w korpomowę

I tu dochodzimy do gwoździa programu, czyli do tego, czym Polska faktycznie pochwaliła się w Gdańsku. Państwowe spółki PZU i Polimex Mostostal podpisały list intencyjny w sprawie odbudowy kościoła świętego Mikołaja w Kijowie. Zwróćmy uwagę na te dwa słowa, bo dzieli je przepaść od słowa kontrakt.

Reklama

List intencyjny to, jak wiadomo, nie umowa, to nie pieniądze, które płyną, to nie podpisana robota. To deklaracja, że ma się zamiar coś zrobić i to za pieniądze państwowych polskich spółek, nie za hrywny. Inni wychodzą z Gdańska z umowami w teczce, a my z obietnicą dobrych chęci.

To powinien być gest ze strony Polski, a nie jedyny konkret

Sam pomysł ratowania kościoła jest oczywiście słuszny. To neogotycka perła zaprojektowana przez polskiego architekta Władysława Horodeckiego, świątynia uszkodzona przez rosyjską rakietę w grudniu 2024 roku, ważna dla tamtejszych Polaków. Gdyby ten gest był wisienką na torcie podpisanych kontraktów, byłby ozdobą.

Reklama

Problem w tym, że to nie wisienka. To cały nasz tort, chyba że są jakieś wielomilionowe kontrakty, ale zawarte w ścisłej tajemnicy? A od siebie dołożył jeszcze prezes PZU Bogdan Benczak, który postanowił wytłumaczyć, dlaczego ubezpieczyciel zajmuje się zabytkiem, i oświadczył:

odbudowa kościoła to dla firmy, element procesu likwidacji szkody historycznej.

Sto lat historii, sowieckie represje i rosyjska rakieta sprowadzone do języka formularza ubezpieczeniowego. Człowiek czeka już tylko, aż ktoś wyceni pamięć narodową w tabeli amortyzacji.

Reklama

Polska zasługuje na pełnomocnika, ale zdolnego menedżera, a nie byłgo pisowca

Zostawmy więc złośliwości i powiedzmy rzecz poważnie, bo ona jest sednem. Odbudowa Ukrainy to prawdopodobnie największa szansa gospodarcza dla polskich firm od pokoleń. Bank Światowy wycenia ją na ponad 500 miliardów dolarów. W tej grze nie chodzi o symbole ani o wzruszające przemówienia osSolidarności, których w Gdańsku nie brakowało.

Tutaj chodzi o twarde kontrakty, miejsca pracy i realny udział polskich przedsiębiorstw w torcie, jakiego Europa nie widziała od czasów planu Marshalla. I do tego właśnie był potrzebny skuteczny pełnomocnik. Człowiek, który zamienia setki milionów w dyspozycji na podpisane umowy, a pozycję gospodarza konferencji na realną przewagę.

Reklama

Przemówienia i obietnice opanował do perfekcji

Tymczasem dostaliśmy pełnomocnika od mów i list intencyjny o kościele. Paweł Kowal miał najlepsze karty w Europie i przegrał rozdanie, w którym wystarczyło nie spasować. Polska na własnej konferencji wypadła nie jak gracz, który zgarnia pulę, lecz jak gospodarz, który nakrył stół, a potem patrzył, jak najadają się przy nim inni.

I to jest, niestety, najlepsze podsumowanie pracy człowieka, który latami robił błyskotliwą karierę jako prminentny polity Prawa i Sprawiedliwości, a potem prezes kanapowej prawicowej partii. Pełnomocnik rządu, który dziwnym trafemod miesięcy nie potrafi nawet odpowiedzieć na pytanie, co właściwie zrobił, poza wiecznymi obietnicami, jak to będzie cudownie.

Reklama

Źródło: PAP / checkPRESS Aktualizacja: 26/06/2026 18:13
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo checkPRESS.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości