Plany były ambitne — lotnicze uderzenia miały wywołać antyreżimową rebelię w Iranie i przyspieszyć upadek Republiki Islamskiej. Tak przynajmniej przekonywał Beniamin Netanjahu Donalda Trumpa, który — rozentuzjazmowany po spektakularnym uprowadzeniu wenezuelskiego prezydenta Nicolasa Maduro — chętnie przystał na ten scenariusz. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Danny Citrinowicz, ekspert ds. Iranu z amerykańskiego Instytutu Krajowych Studiów nad Bezpieczeństwem, w analizie opublikowanej w prestiżowym „Foreign Affairs" stawia tezę, która brzmi jak zimny prysznic dla architektów tej operacji.
Mechanizm, który doprowadził do wojny, Citrinowicz opisuje z chirurgiczną precyzją. Premier Izraela zdołał wmówić amerykańskiemu prezydentowi, że bombardowania będą wystarczającym impulsem do obalenia ajatollahów od wewnątrz.
Trump, będący wówczas w stanie uniesienia po brawurowej akcji w Caracas, uznał, że operacja w Iranie będzie równie łatwa do przeprowadzenia. Tymczasem wojna, która miała przyspieszyć upadek reżimu w Republice Islamskiej, pomogła go uratować — ocenia ekspert. Zamiast fali protestów i rebelii, Teheran doświadczył czegoś odwrotnego — konsolidacji władzy wojskowego establishmentu i wzrostu znaczenia Korpusu Strażników Rewolucji. Reżim, który miał runąć pod naporem bomb i niezadowolenia społecznego, wyszedł z konfliktu z większą, a nie mniejszą kontrolą nad państwem.
Citrinowicz obala też drugi mit tej operacji — że nawet jeśli reżim przetrwa, to gospodarcze skutki wojny i zaostrzonych sankcji w końcu go dobiją. Problem w tym, że sama logika negocjacji pokojowych może doprowadzić do efektu dokładnie odwrotnego.
Takie ustępstwa Waszyngtonu są prawdopodobne, zważywszy że już teraz między Iranem a Ameryką toczą się rozmowy na najwyższym szczeblu, do czego dawniej nigdy nie dopuściłaby administracja USA. Co więcej, sam fakt prowadzenia takich rozmów stanowi de facto uznanie irańskiego reżimu przez Waszyngton — i to uznanie wywalczone przez Teheran na polu bitwy, a nie przy stole negocjacyjnym.
Nadzieje na to, że protesty antyreżimowe odżyją po wojnie, ekspert traktuje ze sceptycyzmem — złagodzenie sankcji w ramach porozumienia pokojowego może skutecznie pozbawić opozycję jednego z głównych argumentów mobilizujących społeczeństwo.
Najbardziej niepokojący fragment analizy Citrinowicza dotyczy irańskiego programu nuklearnego. Posiadając około 440 kilogramów uranu wzbogaconego do poziomu 60 procent, Teheran już teraz dysponuje techniczną bazą do produkcji broni nuklearnej.
Niezależnie od tego, do czego nowe irańskie władze mogą się zobowiązać na papierze, zdominowanie przez przedstawicieli Korpusu Strażników Rewolucji i służb bezpieczeństwa oznacza jedno — Iran będzie bardziej, nie mniej skłonny do przekształcenia tego potencjału w realną broń atomową.
Teheran wyciąga wnioski z przypadku Korei Północnej i doskonale rozumie, że potencjał nuklearny przekłada się zarówno na zdolność odstraszania, jak i na twarde argumenty dyplomatyczne. Paradoks jest tu uderzający i bolesny zarazem.
Strategia mająca na celu zapobieganie nuklearnemu zagrożeniu ze strony Iranu doprowadziła do sytuacji, w której jest ono bardziej prawdopodobne — konkluduje Citrinowicz. Reżim, który miał być słabszy, jest silniejszy. Broń, która miała być dalej, jest bliżej. A Iran — mniej przewidywalny, mniej ograniczany i prawdopodobnie bardziej niebezpieczny niż w dniu, w którym pierwsze bomby spadły na jego terytorium.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze