Spór o status sędziowskich rzeczników dyscyplinarnych mianowanych w czasach rządów PiS wchodzi w kolejną, kluczową fazę. Po miesiącach napięć i kwestionowania decyzji personalnych Ministerstwa Sprawiedliwości sprawa przeniosła się na poziom działań procesowych — z udziałem prokuratury oraz policji.
W środę prokuratorzy z Wydziału Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej, przy wsparciu funkcjonariuszy Komendy Stołecznej Policji, przeprowadzili czynności w siedzibie Biura Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych oraz w biurach jego zastępców.
Chodzi o pomieszczenia w budynku przy ul. Rakowieckiej 30 w Warszawie, gdzie mieści się także Krajowa Rada Sądownictwa.
Prokurator krajowy Dariusz Korneluk poinformował, że w trakcie przeszukań zabezpieczono dokumentację 120 sprawdotyczących przewinień dyscyplinarnych sędziów. Jak zapowiedział, działania nie zakończą się na środowej akcji.
Najistotniejsze jest jedno: zabezpieczone akta mają finalnie trafić do obecnego rzecznika dyscyplinarnego.
W czwartek Korneluk mówił w radiu TOK FM, że czynności będą kontynuowane, a ich celem jest przekazanie dokumentów osobie uprawnionej — obecnej rzecznik dyscyplinarnej sędziów sądów powszechnych, czyli sędzi Joannie Raczkowskiej z Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa.
Sprawa dotyczy byłych rzeczników dyscyplinarnych sędziów sądów powszechnych:
Piotra Schaba
Przemysława Radzika
Michała Lasoty
Zostali oni powołani w 2018 roku przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę.
W 2025 roku nastąpiły odwołania:
w kwietniu 2025 r. Adam Bodnar odwołał Piotra Schaba oraz Przemysława Radzika,
następnie w końcu lipca (po objęciu urzędu) nowy szef MS Waldemar Żurek odwołał Michała Lasotę.
Mimo tych decyzji, byli rzecznicy nie zaakceptowali odwołań — uznają je za bezprawne i bezskuteczne. W kolejnych miesiącach mieli wszczynać postępowania dyscyplinarne oraz nadal korzystać z biur w budynku wynajmowanym przez KRS.
Według przekazanych informacji, wejście prokuratury i policji do pomieszczeń miało charakter celowy: jego celem było „odebranie i zabezpieczenie dokumentów”, czyli akt postępowań dyscyplinarnych.
Korneluk wskazywał, że odwołani rzecznicy: wciąż „dysponują aktami postępowania, którymi dysponować nie mogą”.
To zdanie jest osią całej sprawy: prokuratura zakłada, że dokumenty powinny znajdować się w dyspozycji aktualnych organów, a nie osób odwołanych.
Prokurator krajowy ujawnił również, że wobec byłych rzeczników toczy się postępowanie karne. W jego relacji prokurator wielokrotnie zwracał się o wydanie akt, a odmowa ich przekazania miała być kwalifikowana w kategoriach czynu zabronionego.
Prokuratura informowała, że niewydanie dokumentów może nosić znamiona:
przywłaszczenia funkcji,
ukrywania akt.
To nie jest spór o interpretację formalną — z punktu widzenia organów ścigania odmowa miała potencjalny ciężar karny, co tłumaczy przejście od wezwań do działań fizycznych w budynku.
Stanowisko prokuratury doprecyzowała rzeczniczka Prokuratora Generalnego, prok. Anna Adamiak. Jak wskazała, mimo wielokrotnych wezwań kierowanych przez nowo powołanych rzeczników oraz tzw. rzeczników dyscyplinarnych ad hoc, akta nie zostały wydane osobom uprawnionym.
Kluczowe jest również to, że czynności wykonywano na podstawie formalnego postanowienia w śledztwie dotyczącym:
ukrywania dokumentów poprzez ich niewydawanie,
powoływania się na pełnioną funkcję mimo jej niesprawowania.
Postanowienie dotyczące wydania rzeczy i przeszukania prokurator miał wydać 14 stycznia.
Wypowiedzi Korneluka wyraźnie pokazują kierunek narracji prokuratury: w jego ocenie zmiana na stanowiskach rzeczników dyscyplinarnych jest faktem, a osoby odwołane — niezależnie od deklaracji — nie mogą dalej działać tak, jakby nic się nie stało.
„Nastąpiła zmiana — czy się to komuś podoba, czy nie”.
Korneluk wskazywał także, że choć odwołani rzecznicy mogliby kwestionować decyzje odwoławcze drogą administracyjną (np. pozew czy zabezpieczenie roszczenia), to z tych możliwości nie korzystają — zamiast tego mają budować narrację o bezprawności działań MS.
Skala sprawy sprawiła, że natychmiast pojawiły się napięcia polityczne.
Przewodnicząca KRS Dagmara Pawełczyk-Woicka oświadczyła, że policja ograniczyła jej dostęp do budynku. Z kolei część posłów opozycji krytykowała wejście policji do — jak mówili — „siedziby KRS”.
Do sprawy odniósł się też prezydent Karol Nawrocki. W TV Republika miał ocenić, że „tego typu sceny nie powinny mieć miejsca” i że przyglądał się temu z niepokojem.
W tym samym czasie prokurator generalny i szef Ministerstwa Sprawiedliwości Waldemar Żurek mówił w TVN, że ze względu na — jak to określił — „bunt” byłych rzeczników prokuratura musiała podjąć działania. Wcześniej w Sejmie podkreślał, że czynności nie dotyczyły samej KRS, lecz odwołanych rzeczników, wobec których toczy się postępowanie karne.
Z perspektywy prokuratury celem działań jest domknięcie sytuacji, w której dokumenty dotyczące postępowań dyscyplinarnych pozostają poza realną kontrolą uprawnionych organów. Korneluk wskazuje wprost, że dokumenty trafią do nowej rzeczniczki.
Najważniejszym skutkiem czynności jest przejęcie akt oraz doprowadzenie do ich przekazania obecnemu rzecznikowi dyscyplinarnemu.
Na tym etapie sprawa wykracza już poza polityczną dyskusję o legalności zmian kadrowych w wymiarze sprawiedliwości. Wkracza w obszar odpowiedzialności karnej i procesowej, gdzie o konsekwencjach decydują nie opinie stron, lecz dokumenty, postanowienia i skuteczność organów ścigania.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze