Wojny handlowe, cła Trumpa i chiński PKB. Piechociński mówi wprost: – Polskie firmy muszą wejść do Azji z lokalnym partnerem. Europejskie koncerny samochodowe przez lata oskarżały Chiny o nieuczciwą konkurencję i dotacje państwowe – aż Trump podniósł cła i nagle znalazły rezerwy cenowe, których wcześniej „nie było". Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki, dziś prezes Izby Przemysłowo-Handlowej Polska-Azja, nie pozostawia złudzeń: problemem Europy nie są chińskie subsydia, lecz koszt własny – w tym trzykrotnie droższa niż w Chinach energia przemysłowa. Razem z Januszem Piechocińskim analizujemy skutki amerykańskiej polityki celnej dla gospodarki europejskiej.
Mariusz Gzyl: Europejscy politycy od lat zarzucają Chinom subsydia państwowe, nadmiar mocy produkcyjnych i blokowanie dostępu do rynku. Czy te zarzuty mają pokrycie w rzeczywistości?
Janusz Piechociński: Chętnie przedstawię to na konkretnym przykładzie. Ponad rok temu na Targach Motoryzacyjnych w Poznaniu uczestniczyłem w debacie o konkurencji między europejskim a chińskim sektorem motoryzacyjnym. Wzięli w niej udział czołowi menedżerowie europejskich firm samochodowych i z łatwością stawiali zarzuty chińskim producentom, że wykorzystując dotacje władz centralnych i regionalnych stają się wyjątkowo sprawni w umacnianiu się na światowym rynku.
Odpowiedź na pytanie o źródła chińskiej przewagi była jednoznaczna: tańsza energia, wielki rynek zbytu, doskonała logistyka, coraz lepsza kadra. Na pytanie, czy Mercedes lub Volkswagen dostają dotacje od chińskiego rządu – padło wprost: nie ma takich przypadków. A dzisiaj, po akcji podwyższania ceł przez prezydenta Trumpa, te same europejskie firmy samochodowe nagle pokazały znacząco niższe, atrakcyjne dla nabywcy ceny oferowanych pojazdów. To mówi samo za siebie.

Jeśli cena energii dla przemysłu jest trzy razy tańsza w Chinach niż średnio w UE i nie wynika to z dopłat do produkcji energii, tylko z niższych kosztów jej wytwarzania – to może warto, abyśmy my w Europie sami siebie zapytali, dlaczego u nas te koszty są tak duże.
M.G.: Jak ocenia Pan wpływ amerykańskiej polityki celnej na europejską gospodarkę i relacje z Azją?
J.P.: Trumpowskie tzw. Wyzwolenie Ameryki uderzyło w sposób szczególnie bolesny nie tylko w światową gospodarkę, ale podkopało bardzo głęboko zaufanie i wiarę w normalnie funkcjonujące relacje. W podawanych wysokościach ceł i terminach ich wprowadzenia wiadomo, że nic nie wiadomo – co się spełni, a co zostanie przesunięte na kolejny termin.
Skutki widać w liczbach. Słabe PMI w zdecydowanej większości krajów. Spada skłonność do inwestycji, bo firmy wolą przetrwać niż ryzykować rozwój w niepewnym otoczeniu. Nowe cła, wynoszące od 25 do nawet 40 procent, uderzyły w Malezję, Kambodżę, Tajlandię, Laos, Mjanmę i Indonezję – przy czym uzasadnienia wymykają się już danym handlowym i wchodzą w obszar czysto polityczny.
To bardzo bolesne dla realnego biznesu, który każdego dnia musi podejmować decyzje, starając się rozwiązywać równanie z coraz większą liczbą niewiadomych. Cena każdego błędu rośnie z dnia na dzień. W Polsce mówimy: dobra gospodyni ma jajka w wielu koszykach. Dlatego alternatywą dla niepewności w relacjach z USA jest poszerzanie współpracy z innymi partnerami.

M.G.: Zachodni komentatorzy twierdzą, że chiński wzrost osiągnął szczyt. Zgadza się Pan?
J.P.: Przypomnę wyniki. PKB Chin wzrósł w II kwartale 2025 roku o 5,2 procent rok do roku, czyli powyżej prognoz zakładających 5,1 procent. W pierwszej połowie roku eksport wzrósł o 5,8 procent, a nadwyżka handlowa sięgnęła niemal 586 miliardów dolarów – o blisko 35 procent więcej niż rok wcześniej. Eksport do Unii Europejskiej wzrósł o 13,7 procent, do ASEAN o 16,9 procent, do Afryki aż o 35,3 proc.
Są oczywiście obszary słabości – nieruchomości pod kreską, słaby popyt wewnętrzny, CPI na poziomie 0,9 procent wskazujący na ograniczoną konsumpcję. Ale obraz całości jest jednoznaczny: chińska gospodarka i chiński handel zagraniczny pokazały w trudnej rzeczywistości pierwszej połowy 2025 roku dużą odporność. To jest najlepsza odpowiedź na wątpliwości dotyczące kondycji Chin.
M.G.: W Warszawie organizuje Pan 26 maja Forum Biznesu Polska-Azja. Po co polskie firmy potrzebują takiego wydarzenia właśnie teraz?
J.P.: To odpowiedź na bardzo konkretną potrzebę. Tylko w tym roku zorganizowaliśmy ponad 40 spotkań z polskimi firmami dla delegacji biznesu, regionów i miast z Chin. Przed każdym takim przyjazdem organizujemy telekonferencje, aby obie strony się poznały, przedstawiły oferty i były gotowe do rozmów. Ważna jest też rola chińskiej diaspory w Polsce – w tym GD Poland, największego centrum handlowego chińskiego kapitału w Europie – jako strategicznego partnera w budowaniu relacji biznesowych.
Pracuję bardzo intensywnie nad polskim sektorem produkcji maszyn rolniczych i techniki medycznej. Wejście na rynek azjatycki czy chiński musi odbywać się z lokalnym partnerem – wtedy szybciej uzyskuje się certyfikacje, zmniejsza koszty wejścia i podnosi bezpieczeństwo działania. I na koniec chcę powiedzieć wprost: nie wymagajmy tylko od prezydentów, premierów czy ambasadorów. Wymagajmy też od siebie. Lepszy, bezpieczniejszy i stabilniejszy świat nie zbuduje się sam.
Forum Biznesu Polska-Azja pod hasłem „Eksport, Import, Internacjonalizacja" odbywa się 26 maja 2026 roku w Regent Warsaw Hotel przy ul. Belwederskiej 23 w Warszawie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze