Reklama

Węgry rozliczają Fidesz. Nalot na serwery partii Orbana


​​​​​​​We wtorek prokuratura i węgierski urząd skarbowy wkroczyły do biura obsługującego serwery Fideszu. Partii, która rządziła tym krajem przez 16 lat. Powód: śledztwo w sprawie malwersacji przy dystrybucji grantów z Narodowego Funduszu Kultury, na kwotę blisko 54 milionów dolarów.


Sześciu obecnych i byłych urzędników już usłyszało zarzuty. To wydarzenie jest tylko najnowszym elementem znacznie szerszego procesu, który premier Péter Magyar przeprowadza od trzech miesięcy w tempie, jakiego Polska może dziś tylko pozazdrościć.

Błyskawiczny demontaż systemu

Przypomnijmy, jak do tego doszło. 12 kwietnia partia Tisza zdobyła 141 ze 199 mandatów, czyli większość konstytucyjną, kończąc szesnastoletnie rządy Fideszu. Orbán uznał porażkę tego samego wieczoru. 9 maja Magyar złożył przysięgę jako premier.

I już 25 maja, w wywiadzie dla portalu Telex, ujawnił konkretny plan: usunięcie prezydenta Tamása Sulyoka oraz prezesów obu kluczowych sądów jedną, kompleksową poprawką do konstytucji. Postawił prezydentowi ultimatum: rezygnacja do końca maja albo usunięcie siłą mandatu w parlamencie. Sulyok nie ustąpił. Parlament usunął go do 20 lipca, dokładnie tak, jak zapowiedziano.

Reklama

Ta sama nowelizacja wprowadziła limit trzech kadencji dla posłów oraz górną granicę wieku 70 lat dla sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Ciekawostka, którą zauważył sam Orbán: prezes tego Trybunału, związany z Fideszem Péter Polt, miał akurat 70 lat. Ani roku mniej.

Nalot na własną partię

Wtorkowe przeszukanie serwerowni Fideszu nie jest wydarzeniem odosobnionym. Dziesięć dni wcześniej amerykański Departament Skarbu nałożył sankcje na Antala Rogána, wieloletniego ministra odpowiedzialnego za komunikację rządową i służby specjalne w gabinecie Orbána, nazywając go

Reklama

głównym architektem, realizatorem i beneficjentem systemu korupcji.

Fidesz w oświadczeniu ocenił, że takiego działania nie było na Węgrzech od 1990 roku, czyli od końca komunizmu, i oskarżył rządzącą Tiszę o próbę prawnego zniszczenia partii. Orbán poszedł dalej, mówiąc w środę, że w kraju nie panują już demokracja ani rządy prawa, a nowelizacja stworzyła polityczną autokrację.

Hipokryzja czy sprawiedliwość

Część niezależnych komentatorów zwraca uwagę, że dokładnie tych samych metod, jakich dziś używa Tisza, sam Fidesz używał w 2011 roku wobec ówczesnej opozycji: przejęcie sądownictwa w pierwszych miesiącach rządów, śledztwa przeciwko niewygodnym dziennikarzom, przejmowanie nieprzychylnych tytułów prasowych przez sieci powiązań biznesowych.

Reklama

Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że dzisiejsze zmiany przechodzą przez demokratycznie wybrany parlament, z większością konstytucyjną uzyskaną w wolnych wyborach, które sam Orbán uznał tego samego wieczoru. To nie jest przejęcie siłą. To większość korzystająca z mandatu, jaki dali jej wyborcy.

A ile czasu zajęłoby to w Polsce?

Dla porównania warto przypomnieć tempo podobnych spraw nad Wisłą. Kampania billboardowa Polskiej Fundacji Narodowej, oczerniająca polskich sędziów, ruszyła w 2017 roku. Sąd uznał jej finansowanie za sprzeczne ze statutem fundacji już rok później. A śledztwo w tej sprawie wszczęto dopiero w czerwcu 2024 roku. Siedem lat od wyroku do wszczęcia postępowania.

Reklama

Podobnie z wnioskiem o Europejski Nakaz Aresztowania wobec Zbigniewa Ziobry: złożono go w lutym, gdy podejrzany siedział jeszcze na Węgrzech, w zasięgu jednego dokumentu. Zanim sąd zdążył go rozpoznać, minęło pięć miesięcy wypełnionych wyłączeniami sędziów, a Ziobro zdążył w tym czasie przelecieć Atlantyk.

Kwestia woli, nie możliwości

Od poniedziałku obowiązki tymczasowej prezydent Węgier pełni marszałkini parlamentu Ágnes Forsthoffer. Deputowani mają 30 dni na wybór nowej głowy państwa. Sondaże dają Tiszy 70 procent poparcia. Cały ten proces, od wyborów do wymiany prezydenta i prezesa Trybunału, zajął mniej czasu, niż w Polsce trwa samo oczekiwanie na zaświadczenie lekarskie od świadka w jednej sprawie sądowej.

Reklama

Orbán może dziś mówić o autokracji, ale przez szesnaście lat jego własna partia rządziła w sposób, który doprowadził właśnie do takiego momentu rozliczenia. Węgierski przykład pokazuje jedno: rozliczenia nie są kwestią możliwości prawnych. Są kwestią woli politycznej.

Źródło: PAP / checkPRESS Aktualizacja: 22/07/2026 15:44
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo checkPRESS.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości