Partia, której część niemieckie służby oficjalnie uznają za skrajnie prawicową, jest dziś o krok od historycznego triumfu, a jesienią może realnie sięgnąć po władzę w niemieckich landach. To nie jest political fiction, lecz obraz Niemiec latem 2026 roku. W ten weekend, w sobotę i niedzielę, Alternatywa dla Niemiec zbiera się na zjeździe federalnym w Erfurcie, by naostrzyć broń przed wyborami, które mogą przesunąć granice tego, co w niemieckiej polityce jeszcze niedawno było nie do pomyślenia.
Poza tym w Erfurcie na ulice miasta wyjdą dziesiątki tysięcy ludzi, dla których wzrost siły tej partii to sygnał alarmowy dla całej demokracji. Spodziewane są demonstracje, liczące między 50 a 60 tysięcy osób, co wydaje się niewielką liczbą, biorąc pod uwagę wielomilionowy elektorat skrajnie prawicowej, by nie powiedzieć neofaszystowskiej AfD. W tej chwili oddanie głosu na to ugrupowanie deklaruje niemal co trzeci obywatel RFN.
Zacznijmy od tego, co dzieje się za murami hali targowej w Erfurcie, w kraju związkowym Turyngia. Setki delegatów AfD mają w ten weekend wybrać nowy zarząd federalny partii, ustawiając się w szyku bojowym przed jesienną kampanią. To zjazd, na którym rozdaje się karty przed rozgrywką o najwyższą stawkę.
Na czele partii nadal chce stać dotychczasowy duet, Alice Weidel i Tino Chrupalla, a ich reelekcja jest uważana za niemal pewną. Pod powierzchnią demonstracyjnej zgody kryje się jednak rywalizacja, o której coraz głośniej mówią niemieckie media.
Oboje występują razem, kandydują na kolejne dwa lata, ale jak zauważają komentatorzy, może to być ich ostatnia wspólna kadencja, bo za kulisami obozy obojga liderów rywalizują o wpływy. Ciekawym probierzem będzie samo głosowanie, bo dwa lata temu w Essen to Chrupalla z blisko 83 procentami poparcia wyprzedził Weidel, która uzyskała około 80 procent, co przyjęła bez entuzjazmu.
Prawdziwa gra toczy się jednak nie o samą górę, lecz o drugi szereg, i tu pojawia się nazwisko, które budzi największy niepokój. Gospodarzem zjazdu jest bowiem Björn Höcke, lider AfD w Turyngii, postać, którą niemiecki urząd ochrony konstytucji oficjalnie sklasyfikował jako prawicowego ekstremistę.
Höcke sam nie odważy się kandydować do władz federalnych, ale prowadzi grę pośrednią. Do wyścigu o funkcję wiceszefa partii wysyła swojego bliskiego współpracownika, Stefana Möllera. Jednocześnie radykalne skrzydło partii próbuje wzmocnić swoje wpływy, wystawiając kolejnych działaczy.
Wśród nich jest Jean-Pascal Hohm, stojący na czele nowej młodzieżówki AfD o nazwie Generation Deutschland, człowiek, który może liczyć na wsparcie samego Höcke. To pokazuje, że najbardziej radykalna część partii nie tylko nie jest spychana na margines, lecz przeciwnie, pnie się w górę i sięga po realną władzę w strukturach.
Skala niepokoju, jaki budzi ta partia, najlepiej widać po tym, co ma się rozegrać na zewnątrz hali. Przeciwko zjazdowi zapowiedziano bowiem masowe protesty, a policja Turyngii szykuje się na naprawdę trudny scenariusz i nie wyklucza przemocy.
Jak donoszą niemieckie media, powołując się na wewnętrzny raport sytuacyjny, wśród protestujących mogą znaleźć się grupy skłonne do przemocy, zdolne oderwać się od blokad i ruszyć w stronę terenów targowych. Na miejscu ma czuwać kilka tysięcy funkcjonariuszy. W protestach wezmą udział także znane twarze, w tym aktywistka klimatyczna Luisa Neubauer oraz szef organizacji Campact.
Zapowiedzieli oni udział w pokojowych blokadach, których celem jest zatrzymanie zjazdu tak długo, jak to możliwe. Powołują się przy tym na opinię prawną, według której AfD jest, jak twierdzą jej autorzy, dowodnie niezgodna z konstytucją. Do sojuszu przyłączyły się między innymi Lewica, związki zawodowe, ruch Fridays for Future oraz inicjatywa Babcie przeciwko Prawicy.
Cały ten zjazd nabiera sensu dopiero wtedy, gdy spojrzymy na to, co czeka Niemcy po lecie, bo stawka jest ogromna. Jesienią odbędą się wybory do parlamentów krajowych w trzech landach, w Saksonii-Anhalt, w Meklemburgii-Pomorzu Przednim oraz w Berlinie. I to właśnie te wybory mogą przynieść skrajnej prawicy historyczny wynik.
Pozycja wyjściowa AfD jest bowiem wyjątkowo silna. Około półtora roku po ostatnich wyborach do Bundestagu partia wyraźnie wyprzedziła rządzącą chadecką Unię i w sondażach ogólnokrajowych sięga blisko 30 procent. A we wschodnich Niemczech jest jeszcze silniejsza, bo w dwóch wschodnich landach jej poparcie ma sięgać nawet około 40 procent.
W Saksonii-Anhalt prognozy wskazują wręcz na wyraźne zwycięstwo tej partii. Gdyby te wyniki się potwierdziły, byłby to moment przełomowy, bo ugrupowanie z tak radykalnym skrzydłem stałoby się najsilniejszą siłą polityczną w kolejnych regionach kraju.
Na koniec warto zadać pytanie, które wykracza daleko poza Erfurt i poza Niemcy, bo dotyczy nas wszystkich. Bo historia AfD to opowieść o tym, jak partia, jeszcze niedawno spychana na obrzeża sceny politycznej, w ciągu kilku lat urosła do rangi głównego rozgrywającego, coraz śmielej mówiącego o przejęciu władzy.
To jest właśnie ten mechanizm, który powinien niepokoić każdego, komu bliska jest liberalna demokracja. Najpierw radykalne hasła, które miały szokować, powszednieją. Potem partia, której część uznano oficjalnie za ekstremistyczną, wchodzi do głównego nurtu. Aż wreszcie zaczyna realnie sięgać po władzę, korzystając z demokratycznych narzędzi, by zdobyć pozycję, z której może te narzędzia nadwątlić.
Niemcy, kraj, który jak żaden inny wyciągnął lekcję z własnej historii, stają dziś przed tym testem na oczach całej Europy. A pytanie, które pada w Erfurcie, brzmi niewygodnie także nad Wisłą. Jak silna musi być demokracja, by obronić się przed tymi, którzy chcą ją zdemontować od środka, zdobywając głosy w wolnych wyborach. Odpowiedź poznamy już tej jesieni.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze