Reklama

Prosektorium Szpitala Południowego. Kaznowska umywa ręce


Są miejsca, w których państwo powinno okazać obywatelowi maksimum szacunku i delikatności. Prosektorium szpitala, do którego rodzina przychodzi po najgorszej wiadomości w życiu, jest właśnie takim miejscem. Tym bardziej wstrząsają doniesienia portali Zero i Onet o tym, co, według ich ustaleń, przez lata działo się w podziemiach warszawskiego Szpitala Południowego. Wyłania się z nich obraz miejsca, w którym ludzka śmierć miała stać się źródłem prywatnego, nielegalnego zarobku, a rodziny w żałobie przedmiotem cynicznego nacisku.


Zacznijmy od tego, co ustalili dziennikarze, bo skala opisywanych praktyk jest porażająca. W centrum sprawy stoi Artur Habowski, niespełna czterdziestoletni technik sekcyjny, formalnie zatrudniony jako koordynator prosektorium. Jak relacjonują Zero i Onet, na poziomie minus jeden nowoczesnego szpitala miał on zbudować coś na kształt prywatnego królestwa, i to za przyzwoleniem ówczesnych władz placówki.

Prosektorium jak prywatny folwark

Mechanizm, który opisują media, opierał się na jednym prostym, ale kluczowym elemencie czyli na kartach zgonu. W normalnej procedurze rodzina odbiera kartę zgonu na oddziale, na którym zmarł pacjent czy też w odpowiednim dziale administracji.

Reklama

W Szpitalu Południowym, jak twierdzą rozmówcy dziennikarzy, cały personel miał nakaz przekazywania tych dokumentów koordynatorowi. Dzięki temu to on, a nie lekarz czy sekretariat, zyskiwał bezpośredni kontakt z bliskimi zmarłego w najbardziej bezradnym momencie ich życia. A mając ten kontakt, miał go, według relacji, wykorzystywać.

Cennik śmierci i zemsta na konkurencji

To, co opisują dziennikarze dalej, brzmi jak scenariusz, w który trudno uwierzyć. Według ustaleń Onetu koordynator miał pobierać nieformalne opłaty według swoistego cennika. Sto złotych za samą zgodę na wydanie ciała, kilkaset za ubranie zwłok, około tysiąca za balsamację, a nawet półtora tysiąca złotych i więcej za polecenie rodzinie konkretnego zakładu pogrzebowego.

Reklama

Co istotne, ten polecany zakład miał być powiązany z samym Habowskim, bo, jak ustaliły media, prowadził on spółkę ze wspólniczką z branży pogrzebowej. Tymczasem prawo jest tu jednoznaczne, ponieważ artykuł 13 ustawy o działalności leczniczej wprost zakazuje świadczenia i reklamy usług pogrzebowych na terenie szpitala. Przepis ten wprowadzono zresztą po głośnej aferze łowców skór w łódzkim pogotowiu.

Drastyczne zdjęcia w socjalmediach

Najbardziej poruszają jednak relacje o tym, co miało spotykać tych, którzy odmawiali współpracy. Firmy pogrzebowe, które nie chciały się opłacać, miały, jak opisują świadkowie cytowani przez media, mierzyć się z odwetem. Godzinami wstrzymywano wydanie ciała, przesuwano odbiory na kolejny dzień, a w jednej z relacji, przytoczonej przez Onet, pojawia się wstrząsający opis zbezczeszczonych zwłok wydanych konkurencyjnemu zakładowi.

Reklama

Do tego dochodzą doniesienia o publikowaniu drastycznych zdjęć ludzkich ciał w mediach społecznościowych oraz o wynajmowaniu prosektorium jako planu filmowego, podczas gdy, jak twierdzą rozmówcy portali, uciszano rodziny zmarłych, by nie przeszkadzały w nagraniach.

Co na to prokuratura czyli obraz bardziej złożony

W tym miejscu trzeba zachować rzetelność i oddać pełny, bardziej skomplikowany obraz, bo nie wszystkie wątki znalazły potwierdzenie w działaniach śledczych. I to jest istotne, bo pokazuje, że sprawa jest wciąż otwarta, a część zarzutów pozostaje na etapie doniesień medialnych.

Reklama

Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi obecnie śledztwo dotyczące podrobienia kart zgonu 20 osób, na których miały znaleźć się pieczęcie koordynatora i podpisy osób nieuprawnionych. To najpoważniejszy z badanych wątków. Jednocześnie jednak śledczy odmówili wszczęcia postępowania w sprawie publikacji zdjęć z sekcji zwłok, a postępowanie dotyczące rzekomych podsłuchów w prosektorium umorzono z powodu braku nagrań i dowodów.

Sam Habowski, zapytany przez dziennikarzy o wszystkie te zarzuty, nie odpowiedział na pytania, tłumacząc to dobrem toczącego się postępowania. Co ciekawe, to on sam miał wcześniej złożyć zawiadomienie do prokuratury, twierdząc, że ktoś posłużył się jego pieczątką bez jego wiedzy. Obowiązuje domniemanie niewinności, a ostateczną ocenę wystawią śledczy i ewentualnie sąd.

Reklama

Kaznowska umywa ręce, czyli spór o odpowiedzialność

Sprawa, jak to zwykle bywa, natychmiast nabrała wymiaru politycznego, bo pojawiło się pytanie, kto w ratuszu za to odpowiada. I tu doszło do znamiennej wymiany. Wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska w oświadczeniu przesłanym Polskiemu Radiu zdystansowała się od odpowiedzialności za to, co działo się w placówce.

Kaznowska wyjaśniła, że nie sprawuje nadzoru nad spółkami prawa handlowego, a taką właśnie spółką jest Szpital Południowy. Podkreśliła, że jej bezpośredni nadzór obejmuje trzy szpitale działające w formule samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej, między innymi Szpital Bielański.

Reklama

W związku z tym uznała uwagi o swojej odpowiedzialności za nieuzasadnione. To stanowisko, choć formalnie może być poprawne, budzi jednak pytanie natury bardziej ogólnej, czyli o to, kto w takim razie miał pilnować placówki należącej do miasta, skoro kolejni odpowiedzialni wskazują, że to nie ich działka.

Reakcja ratusza i szersze tło afery

Warto dodać, że reakcja władz miasta na doniesienia mediów była zdecydowana, co samo w sobie pokazuje wagę sprawy. Po serii publikacji rada nadzorcza Szpitala Południowego odwołała zarząd placówki. Następnie prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski rozwiązał samą radę nadzorczą, a w kolejnym kroku usunął polityków z rad nadzorczych wszystkich miejskich spółek medycznych. Koordynatora prosektorium zwolniono w trybie natychmiastowym.

Reklama

Trzeba też pamiętać, że afera w prosektorium to niejedyny problem tej placówki. Wcześniej portal Zero opisywał nieprawidłowości w szpitalnym oddziale ratunkowym, którym kierował Dawid Kacprzyk, były radny Koalicji Obywatelskiej. W sumie, jak podają media, w związku z funkcjonowaniem Szpitala Południowego prowadzonych jest ponad trzydzieści różnych postępowań.

Co znamienne, przedstawiciele branży pogrzebowej twierdzą, że sygnały o tym, co dzieje się w prosektorium, krążyły w środowisku od co najmniej dwóch lat. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego przyznał, że próbował dopytywać, kto i na jakich zasadach kieruje prosektorium, ale miał napotykać zasłonę milczenia.

Reklama

Gorzka lekcja o godności

Na koniec warto zatrzymać się nad tym, co w tej sprawie najważniejsze, a co łatwo przeoczyć w politycznych przepychankach o odpowiedzialność. Jeśli opisywane przez dziennikarzy praktyki potwierdzą się w postępowaniu, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której ludzka śmierć i rozpacz najbliższych stały się towarem. Że ktoś, korzystając z bezradności ludzi w żałobie, miał robić na tym prywatny interes, w publicznej placówce, za publiczne stanowisko.

To jest sprawa, która wykracza poza spór PiS z Koalicją Obywatelską, i słusznie niektórzy komentatorzy zauważają, że tej afery nie da się zamknąć w prostym podziale partyjnym. Bo chodzi tu o coś bardziej podstawowego niż polityka, czyli o elementarny szacunek, jaki państwo winno jest obywatelowi w chwili jego śmierci.

Reklama

Rodziny, które przychodziły do Szpitala Południowego pożegnać bliskich, miały prawo oczekiwać powagi, delikatności i uczciwości. Jeśli doniesienia się potwierdzą, dostały coś dokładnie odwrotnego. I to jest prawdziwa miara tego skandalu, niezależnie od tego, czyja głowa ostatecznie za niego poleci.

Źródło: PAP / checkPRESS Aktualizacja: 02/07/2026 13:04
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo checkPRESS.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości