Bywają orzeczenia, które w jednym zdaniu odsłaniają cały absurd sporu o praworządność w Polsce. Takim orzeczeniem jest czwartkowa decyzja Sądu Najwyższego, który uchylił zarządzenie ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka o odsunięciu od obowiązków sędziego Łukasza Piebiaka. Bo oto człowiek kojarzony z jedną z najciemniejszych kart rządów Zjednoczonej Prawicy, były zastępca Zbigniewa Ziobry, wraca do gry. I to nie byle jak, lecz dzięki tej części Sądu Najwyższego, którą obsadził obóz PiS. Koło ratunkowe rzucił bowiem Piebiakowi pisowski sędzia Marek Siwek.
Żeby zrozumieć wagę tej sprawy, trzeba wiedzieć, kim jest jej bohater, bo to nazwisko nieprzypadkowe. Łukasz Piebiak to były wiceminister sprawiedliwości z czasów, gdy resortem kierował Zbigniew Ziobro. Ale w pamięci opinii publicznej zapisał się przede wszystkim jako postać wiązana z tak zwaną aferą hejterską z 2019 roku.
Przypomnijmy, o co chodziło, bo to nie była błahostka. Afera hejterska to zorganizowana akcja oczerniania sędziów, którzy sprzeciwiali się zmianom PiS w sądownictwie. Prowadzono ją, jak wynika z ustaleń, z wykorzystaniem danych z Ministerstwa Sprawiedliwości. Sam urząd ochrony danych osobowych nałożył zresztą na resort karę, ustalając, że hejterskie konto zakładano z adresu ministerstwa.
Po wybuchu afery Piebiak podał się do dymisji, choć twierdził, że doniesienia są nieprawdziwe i zmanipulowane. Cały czas obowiązuje domniemanie niewinności, bo jego immunitet w tej sprawie do dziś nie został uchylony. Co ważne, w maju tego roku Piebiak wrócił na świecznik, bo Sejm wybrał go do Krajowej Rady Sądownictwa, a jego kandydaturę zgłosił klub PiS. Zasiada więc dziś w organie, który stoi na straży niezależności sędziów.
Afera hejterska to jednak nie jedyny cień, który towarzyszy sędziemu, bo jest i druga sprawa, mniej znana, a równie poważna. Chodzi o podejrzenie posłużenia się podrobionym testamentem. Według prokuratury Piebiak miał posłużyć się sfałszowanym testamentem w postępowaniu spadkowym po zmarłej żonie swojego stryja.
W dokumencie tym miał widnieć zapis, zgodnie z którym to właśnie on był jedyną osobą dziedziczącą. Stawką było mieszkanie o powierzchni 38 metrów kwadratowych w Warszawie, warte około 475 tysięcy złotych. Rzecz w tym, że zmarła nie miała bliskich krewnych, więc zgodnie z prawem lokal powinien przypaść miastu, a nie sędziemu.
Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo o usiłowanie oszustwa sądowego, a w grudniu 2025 roku skierowała do Sądu Najwyższego wniosek o uchylenie Piebiakowi immunitetu. Termin wyznaczono na 6 sierpnia. I on jeszcze do nas wróci, bo odegra w tej historii ważną rolę.
To właśnie te dwie sprawy skłoniły ministra Żurka do działania. 15 czerwca zarządził on natychmiastowe odsunięcie Piebiaka od czynności służbowych, uzasadniając to nadzwyczajnym ciężarem zarzutów. Jak argumentował, zebrany materiał dowodowy rzuca poważne podejrzenia na postawę etyczną i prawną sędziego, a jego dalsze orzekanie uderza w powagę sądu.
Sąd Najwyższy uznał jednak inaczej. Orzekł, że zarządzenie ministra nie ma uzasadnionych podstaw i nie spełnia przesłanek z prawa o ustroju sądów powszechnych. Sędzia sprawozdawca Marek Siwek argumentował, że kluczowe jest pojęcie natychmiastowości, a tej w tej sprawie brakuje, skoro obie sprawy miały miejsce wiele lat temu.
Trzeba to oddać uczciwie, bo argument prawny SN nie jest wzięty z powietrza. Skoro postępowania toczą się latami, trudno mówić o nagłej konieczności odsunięcia z dnia na dzień. Do tego sąd zauważył, że termin posiedzenia w sprawie testamentu jest wyznaczony na 6 sierpnia, a więc już niedługo, więc pośpiech ministra rzeczywiście może dziwić.
I tu dochodzimy do sedna, do tej gorzkiej ironii, która czyni całą sprawę tak wymowną. Bo warto zadać pytanie, kto właściwie uratował Piebiaka przed odsunięciem. Otóż sędzia Marek Siwek, sprawozdawca w tej sprawie, to człowiek wyłoniony do Sądu Najwyższego po 2017 roku przez tę samą, kwestionowaną Krajową Radę Sądownictwa, którą PiS ukształtował po swoich zmianach w sądownictwie.
Mówiąc wprost, o losie Piebiaka, człowieka z rekomendacji PiS, orzekał skład wyłoniony przez organ obsadzony przez PiS. Sędzia z nadania jednej opcji ratuje sędziego z nadania tej samej opcji. Trudno o lepszą ilustrację tego, jak głęboko poprzednia władza wrosła w struktury polskiego wymiaru sprawiedliwości, i jak skutecznie te struktury działają dziś na jej korzyść. To jest prawdziwy morał tej historii, wykraczający daleko poza pojedynczą decyzję kadrową.
Byłoby błędem uznać, że sprawa jest zamknięta, bo daleko do tego. Uchylenie zarządzenia Żurka to porażka proceduralna ministra, ale nie koniec drogi Piebiaka przez sądowe korytarze. Wciąż bowiem toczą się dwa postępowania. Nadal wisi nad nim wniosek o uchylenie immunitetu w sprawie afery hejterskiej, którego Sąd Najwyższy przez lata nie zdołał rozpoznać.
A już 6 sierpnia zapadnie decyzja w sprawie testamentu. Osobną kwestią pozostaje jego status w Krajowej Radzie Sądownictwa, bo Rada wstrzymała się z decyzją do czasu uzyskania opinii prawnych. Sam Żurek zapowiada zresztą, że jego zdaniem Piebiak i tak nie powinien móc wykonywać obowiązków członka Rady.
Jedno jest pewne. Ta historia, w której splatają się afera hejterska, podrobiony testament i spór o kształt sądownictwa, jeszcze nieraz wróci na czołówki. A pytanie, które zostaje, jest niewygodne dla nas wszystkich. Jak głęboko trzeba sięgnąć, by wymiar sprawiedliwości w Polsce znów budził zaufanie obywateli.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze