Bywają sprawy, które przez lata urastają do rangi symbolu, a potem gasną jednym urzędowym komunikatem, jakby nigdy nie rozpalały emocji. Tak właśnie skończyła się afera dwóch wież, jedna z najgłośniejszych spraw ostatniej dekady, w której główną postacią był sam prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła śledztwo 25 czerwca, stwierdzając, że badane czyny nie zawierają znamion czynu zabronionego. I jest w tym finale gorzka ironia, bo umorzenia dokonała prokuratura podległa rządowi Donalda Tuska, czyli tej władzy, która sprawę wskrzesiła.
Przypomnijmy genezę, bo od niej wszystko się zaczęło. Spółka Srebrna, bezpośrednio powiązana ze środowiskiem PiS, planowała wybudować na warszawskiej Woli, przy ulicy Srebrnej, dwa wieżowce. Do przygotowania tej inwestycji Jarosław Kaczyński zaangażował austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, człowieka spowinowaconego z prezesem PiS przez rodzinę.
Birgfellner wykonał szereg prac przygotowawczych, a ich koszt wycenił na nie mniej niż 1,3 miliona euro. W 2018 roku z budowy jednak zrezygnowano. Gdy austriacki przedsiębiorca zażądał zapłaty za włożoną pracę, Kaczyński odmówił. I tu zaczęła się prawdziwa burza.
I nic w tym dziwnego, bowiem Birgfellner uznał, że został oszukany i złożył zawiadomienie, zarzucając prezesowi PiS oszustwo wielkich rozmiarów. Na poparcie swoich słów dysponował nagraniami rozmów z Kaczyńskim, których fragmenty trafiły do prasy i przez lata żyły własnym życiem.
I tu dochodzimy do politycznego rdzenia całej historii, bo losy tej sprawy idealnie pokrywają się z kalendarzem władzy. Gdy zawiadomienie wpłynęło po raz pierwszy, ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro, a prokuratura pod jego nadzorem odmówiła wszczęcia śledztwa.
Trudno o większą niespodziankę, prawda? Sprawa dotyczyła prezesa partii rządzącej, więc szybko trafiła do szuflady. Ale wszystko zmieniło się po wyborach. Po przejęciu władzy przez koalicję, na czele której stanął premier Donald Tusk sprawę wyjęto z szuflady.
Trafiła ona do audytu Prokuratury Krajowej, który prześwietlał umorzone i niewszczęte postępowania z lat 2016-2023, czyli z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy. W lutym 2025 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie ogłosiła wszczęcie śledztwa. Nowa władza dała więc wyraźny sygnał, że tym razem sprawa zostanie wyjaśniona do końca. I właśnie dlatego dzisiejsze umorzenie jest tak wymowne.
Śledztwo nabrało tempa wiosną tego roku. Na początku czerwca Jarosław Kaczyński, po tym jak za pierwszym razem zasłonił się zwolnieniem lekarskim, w końcu stawił się w prokuraturze i zeznawał w charakterze świadka. Towarzyszyli mu pełnomocnicy strony przeciwnej, mecenasi Roman Giertych i Jacek Dubois, którzy reprezentują Birgfellnera.
I właśnie to przesłuchanie zamieniło się w awanturę, która wiele mówi o atmosferze wokół sprawy. Roman Giertych po wyjściu z prokuratury nie krył rozczarowania.Stwwierdził wprost, że prowadząca sprawę prokurator Małgorzata Szeroczyńska, jak to ujął, nie poradziła sobie do końca.
Adwokat i poseł KO zarzucał jej, że uchyliła ponad 80 procent pytań, które chciał zadać Kaczyńskiemu. Wcześniej Giertych bezskutecznie wnioskował o wyłączenie tej prokurator od prowadzenia sprawy dwóch wież, ale prokuratura wniosku nie uwzględniła.
Te zgrzyty pokazują, że strona pokrzywdzonego już wtedy czuła, w którą stronę zmierza postępowanie. Co ciekawe, w kwietniu 2024 roku, prokurator Małgorzata Szeroczyńska została przez premiera Donalda Tuska powołana do Komisji Kodyfikacyjna Ustroju Sądownictwa i Prokuratury.
Przyjrzyjmy się, co dokładnie umorzono, bo sprawa miała trzy odrębne wątki. Pierwszy to zarzut doprowadzenia Birgfellnera do niekorzystnego rozporządzenia mieniem wielkiej wartości, czyli owe 1,3 miliona euro, przez wprowadzenie go w błąd co do uprawnień i zamiaru zapłaty.
Drugi dotyczył przyjęcia 7 lutego 2018 roku korzyści majątkowej w kwocie 50 tysięcy złotych przez członka rady Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego. Trzeci obejmował nakłanianie do wręczenia łapówki w kwocie 100 tysięcy złotych oraz pośredniczenie w przekazaniu kolejnych 50 tysięcy złotych.
Wszystkie trzy wątki zakończyły się identycznie, czyli umorzeniem wobec stwierdzenia, że czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego. W praktyce oznacza to, że prokuratura nie znalazła podstaw, by mówić o przestępstwie. Co istotne, według nieoficjalnych informacji umorzenie oparto na artykule 17 kodeksu postępowania karnego, czyli na uznaniu, że czynu nie popełniono albo brak jest danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie.
Tu trzeba zaznaczyć, że prezes PiS od początku konsekwentnie zaprzeczał wszelkim zarzutom. Kaczyński twierdził, że Birgfellner żądał pieniędzy za prace nieudokumentowane, a wypłata bez podstaw oznaczałaby wyprowadzanie środków ze spółki wbrew ustawie o rachunkowości.
Jest w tej sprawie jeszcze jeden element, który warto odnotować, bo świadczy o jej ciągle żywym charakterze. Prokuratura zastrzegła, że do czasu uzyskania tłumaczenia postanowienia o umorzeniu na język niemiecki nie będzie podawać szczegółowych podstaw swojej decyzji.
Powód jest praktyczny, bo pokrzywdzony Birgfellner jest Austriakiem i ma prawo zapoznać się z uzasadnieniem w swoim języku. A to oznacza, że pełnego obrazu, czyli konkretnych argumentów, którymi kierowali się śledczy, jeszcze przez jakiś czas szczegółowo nie poznamy.
A to z kolei rodzi pytanie o dalszy ciąg. Birgfellner i jego pełnomocnicy, znając ich dotychczasową determinację, niemal na pewno zaskarżą to postanowienie. Umorzenie na poziomie prokuratury okręgowej nie musi więc być ostatnim słowem w tej sprawie, bo droga odwoławcza pozostaje otwarta.
Na koniec rzecz najważniejsza, czyli polityczny bilans tej historii. Dwie wieże przez lata były symbolem hipokryzji obozu PiS, który głosił walkę z układami, a sam miał być uwikłany w niejasne interesy. Dla środowiska prawicy z kolei cała sprawa była dowodem na polityczne polowanie i próbę dopadnięcia prezesa za wszelką cenę. I oto obie strony dostają finał, który trudno nazwać satysfakcjonującym dla kogokolwiek.
Bo spójrzmy na paradoks. Sprawę wskrzesiła władza, która szła do wyborów z hasłem rozliczeń. Prześwietlono ją na nowo, przesłuchano prezesa PiS, uruchomiono cały aparat. A na końcu tej drogi prokuratura tej samej władzy stwierdza, że przestępstwa nie było.
Dla obozu rządzącego to gorzka pigułka, bo trudno o lepszy prezent dla Kaczyńskiego niż umorzenie z rąk prokuratury Tuska. Prezes PiS może dziś mówić, że sprawa była polityczną hucpą, i będzie miał na to papier od przeciwników. Oczywiście droga odwoławcza pozostaje otwarta, a tłumaczenia uzasadnienia jeszcze nie znamy, więc ostatnie słowo może jeszcze nie padło.
Ale na ten moment jedna z najgłośniejszych afer ostatnich lat kończy się tak, jak kończy się wiele polskich afer, czyli wielkim hukiem na początku i głuchą ciszą na końcu. Co, jak wspomniałem, nie kończy jeszcze całej sprawy, bo mecenas Giertych zapowiedział przeciez walkę do końca.
Jak ocenił,
znamienne jest też to, że Prokuratura Okręgowa w Warszawie odsunęła od prowadzenia tej sprawy prokurator Ewę Wrzosek tylko dlatego, że PiS wykorzystało śmierć Barbary Skrzypek do oskarżeń wobec prokuratora i pełnomocników pokrzywdzonego. W sprawie II wież oczywiście składamy zażalenie, ale bez uchylenia przez TK przepisów, które zabetonowały prokuraturę dla PiS, nawet wygrana w sądzie, jak widać na przykładzie dziewczyny z ręką w tytanie, nie spowoduje żadnej refleksji po stronie prokuratorów
- podkreślił Giertych. Adwokat odniósł się tym samym wprost do prokurator Małgorzaty Szeroczyńskiej, która umorzyła wcześniej śledztwo w sprawie policjantów, którzy złamali nastolatce rękę. Sąd uchylił to umorzenie z miażdżącym uzasadnieniem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze