Dla większości klientów kontakt z bankiem wygląda niewinnie. Konto za zero złotych, szybki kredyt gotówkowy, karta z rzekomo dodatkowymi korzyściami, atrakcyjna oferta oszczędnościowa. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy po miesiącach lub latach okazuje się, że pozornie drobne opłaty pochłonęły setki albo tysiące złotych. A skala, na jaką sektor bankowy zarabia na tej nieuwadze, robi wrażenie. Według danych Narodowego Banku Polskiego banki w Polsce wypracowały w 2025 roku rekordowe 48,7 miliarda złotych zysku netto — o ponad 21 procent więcej niż rok wcześniej i najwięcej w historii. Co istotne, rekord padł mimo spadku stóp procentowych, który miał teoretycznie ograniczyć apetyt banków.
Najpopularniejszy mechanizm opiera się na prostym haśle marketingowym: konto bez opłat. W praktyce brak prowizji obowiązuje wyłącznie po spełnieniu szeregu warunków. Klient musi wykonać określoną liczbę płatności kartą, zapewnić regularne wpływy wynagrodzenia albo aktywnie korzystać z aplikacji mobilnej.
Wystarczy jeden miesiąc bez wymaganej aktywności, aby bank automatycznie naliczył opłatę za prowadzenie rachunku lub użytkowanie karty. Dla pojedynczej osoby może to oznaczać kilkanaście złotych miesięcznie. W skali roku robi się z tego kilkaset złotych, a przy milionach klientów dla sektora bankowego oznacza to gigantyczne, miliardowe wpływy.
Nie bez powodu sam dochód banków z tytułu opłat i prowizji sięgnął w 2025 roku 20,2 miliarda złotych. To pieniądze, które płyną wprost z kieszeni klientów, najczęściej takich, którzy, którzy do końca nie wiedzą, za co właściwie płacą. Co gorsza, o naliczanych opłatach i prowizjach dowiadują się dopiero, gdy zobaczą na rachunku co bank automatycznie ściąga z ich rachunku co miesiąc w trakcie użytkowania ROR.
Jeszcze większe pieniądze banki zarabiają na tak zwanym cross-sellingu, czyli sprzedaży dodatkowych usług przy okazji głównego produktu finansowego. Klient zainteresowany kredytem hipotecznym bardzo często słyszy, że lepsze warunki otrzyma po wykupieniu ubezpieczenia, założeniu karty kredytowej albo otwarciu dodatkowego rachunku.
Formalnie wszystkie te produkty są dobrowolne. W praktyce wielu klientów ma poczucie, że bez ich wykupienia szanse na korzystniejszą decyzję kredytową znacząco maleją. Najbardziej kontrowersyjne pozostają ubezpieczenia dołączane do kredytów.
Część klientów dopiero po czasie odkrywa, że suma składek i dodatkowych kosztów była wyższa niż same odsetki wynikające z umowy. To właśnie w ten sposób banki budują dziś ogromną część swoich przychodów — i dlatego biją kolejne rekordy nawet wtedy, gdy stopy procentowe spadają. Jeszcze Związek Banków Polskich prognozował zysk na poziomie 44–46 miliardów złotych. Rzeczywistość przebiła te szacunki.
System bankowy opiera się również na dziesiątkach mniejszych opłat, których większość klientów zwyczajnie nie zauważa. Chodzi między innymi o prowizje za przewalutowanie transakcji, wypłaty z obcych bankomatów, wydanie zaświadczeń, wcześniejszą spłatę zobowiązań czy korzystanie z dodatkowych usług przypisanych do rachunku.
Każda z tych kwot osobno wydaje się niegroźna. Problem polega na tym, że przeciętny klient rzadko analizuje pełną tabelę opłat i prowizji, liczącą często kilkadziesiąt stron. Eksperci rynku szacują, że przeciętny klient może tracić od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych rocznie na dodatkowych opłatach, prowizjach i usługach dosprzedawanych przez banki.
W przypadku kredytów hipotecznych suma ukrytych kosztów potrafi być jeszcze wyższa. Największą przewagą sektora pozostaje dziś asymetria informacji — po jednej stronie stoi klient podejmujący decyzję pod presją czasu, po drugiej armia prawników, analityków i specjalistów od sprzedaży.
Dlatego przed podpisaniem jakiejkolwiek umowy warto wejść na stronę banku i na spokojnie przeczytać pełną tabelę opłat i prowizji. Bo pozornie atrakcyjna oferta może okazać się jedną z najdroższych decyzji finansowych podejmowanych przez wiele kolejnych lat.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze