Pięć dni informacyjnego chaosu dobiegło końca. Rzecznik Pentagonu Sean Parnell potwierdził oficjalnie to, o czym od tygodnia mówiły anonimowe źródła w amerykańskiej administracji — Stany Zjednoczone redukują liczbę Brygadowych Zespołów Bojowych w Europie z czterech do trzech. Bezpośrednią konsekwencją tej decyzji jest opóźnienie rozmieszczenia wojsk amerykańskich w Polsce.
Planowana rotacja brygady pancernej z Teksasu nie dojdzie do skutku w przewidzianym terminie.
Parnell we wpisie na platformie X nie pozostawił miejsca na niedopowiedzenia. Zmniejszenie liczby brygad to — jak określił — powrót do stanu sprzed czterech lat, czyli do poziomu obecności wojskowej z 2021 roku. Dodał, że ostateczny kształt rozmieszczenia amerykańskich sił w Europie będzie przedmiotem dalszej analizy wymagań strategicznych i operacyjnych. Jednocześnie rzecznik Pentagonu wyraźnie zaznaczył, że opóźnienie dotyczy Polski, którą nazwał „wzorcowym sojusznikiem".
„Polska okazała zarówno zdolności, jak i determinację do samoobrony. Inni sojusznicy NATO powinni pójść w jej ślady" — napisał Parnell.
To zdanie brzmi jak komplement, ale w kontekście właśnie ogłoszonej redukcji wojsk smakuje gorzko. Wiceprezydent USA J.D. Vance próbował łagodzić nastroje, twierdząc że to „jedynie opóźnienie rotacji" i że nie podjęto żadnej ostatecznej decyzji o przeznaczeniu tych sił.
Szczególnie wymowne jest zestawienie dwóch relacji z rozmowy, która odbyła się we wtorek rano między szefem Pentagonu Pete'em Hegsethem a polskim ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Według Parnella Hegseth poinformował polskiego ministra o decyzji redukcji brygad. Tymczasem Kosiniak-Kamysz przekazał w swoim własnym oświadczeniu zupełnie inne przesłanie.
„Żadna decyzja o zmniejszeniu zdolności wojsk amerykańskich w Polsce nie zapadła" — podał polski minister, dodając że Hegseth miał potwierdzić, iż Polska może liczyć na Stany Zjednoczone. Obie wersje tej samej rozmowy trudno pogodzić. Premier Donald Tusk, pytany o sprawę przed wtorkowym posiedzeniem rządu, starał się zachować spokój.
„Nasi amerykańscy sojusznicy muszą zrozumieć, jak ważna z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski, Europy, Stanów Zjednoczonych, globalnego porządku jest ścisła i bardzo dobrze skoordynowana współpraca, w tym obecność wojsk amerykańskich w Polsce" — podkreślił szef rządu.
Reklama
Kilka dni wcześniej zapewniał z kolei, że podjęte decyzje „mają charakter logistyczny i nie wpłyną na bezpieczeństwo Polski."
Cała sprawa zaczęła się 15 maja, gdy agencja Reuters poinformowała — powołując się na dwóch anonimowych urzędników — że Pentagon anulował plany przemieszczenia czterech tysięcy żołnierzy z Teksasu do Polski. CNN doprecyzowało, że wstrzymanie rotacji brygady pancernej wpisuje się w szerszy plan redukcji sił amerykańskich w Europie.
Przez kolejne dni Warszawa gorączkowo szukała potwierdzenia lub zaprzeczenia. Szef Sztabu Generalnego WP gen. Wiesław Kukuła rozmawiał w Brukseli z dowódcą sił amerykańskich i NATO w Europie gen. Alexusem Grynkewichem oraz szefami obrony państw bałtyckich. Premier Tusk zapewniał, że jest w stałym kontakcie z gen. Grynkewichem i sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte. Teraz, po oficjalnym potwierdzeniu ze strony Pentagonu, pytanie przestaje brzmieć „czy" — a zaczyna brzmieć „co dalej".
Polska wydaje na obronność ponad cztery procent PKB, konsekwentnie rozbudowuje armię i jest uważana za jeden z filarów wschodniej flanki Sojuszu. Jeśli nawet taki sojusznik dostaje opóźnienie zamiast wzmocnienia, rodzi to pytania, które w Warszawie nikt nie chce zadawać zbyt głośno.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze