Informacja o wstrzymaniu przez Pentagon planowanej rotacji czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski wstrząsnęła krajową sceną polityczną. Zanim ktokolwiek zdążył spokojnie ocenić militarne konsekwencje tej decyzji, rozgorzała zacięta wymiana ciosów między obozem rządzącym a opozycją.
W centrum sporu stanęły trzy nazwiska: Tusk, Kaczyński i Nawrocki – i trzy zupełnie różne interpretacje tego samego zdarzenia.
Premier nie zostawił suchej nitki na swoich adwersarzach. We wpisie na platformie X stwierdził wprost, że jest „coraz gorzej" z prezydentem i prezesem PiS.
„Kaczyński próbuje zrzucić na Polskę winę za decyzje Waszyngtonu o zmniejszeniu amerykańskiego zaangażowania w Europie. Nawrocki w obecności liderów innych krajów na szczycie w Bukareszcie obrzuca błotem własne państwo" – napisał szef rządu.
Reklama
Tusk zaznaczył jednocześnie, że zmiany w rozmieszczeniu wojsk mają charakter czysto logistyczny i nie powinny wpływać na poziom bezpieczeństwa Polski. Podobne stanowisko zajęło Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, które w sobotni wieczór uspokajało, że medialne doniesienia nie dotyczą bezpośrednio ani docelowo naszego kraju, a rotacja wojsk przebiega zgodnie z planem.
Prezes PiS nie pozostał dłużny. Jeszcze tego samego dnia na platformie X zamieścił dwa wpisy, w których całą odpowiedzialność złożył na barki rządu Tuska.
„Polacy chcą wiedzieć, co dalej z naszym bezpieczeństwem. Wypracowane relacje z USA i wzajemne zaufanie rząd Donalda Tuska zniszczył w 2 lata, podważając de facto naszą pozycję w sojuszu NATO" – pisał Kaczyński.
Nie poprzestał na tym – do słów premiera odniósł się z wyraźną ironią:
„Rozedrganie i rozemocjonowanie Tuska są tylko potwierdzeniem jego słabości i ogromnych błędów, jakie popełnił. Żal patrzeć…".
W tle pozostało pytanie, które szef PiS pozostawił bez jednoznacznej odpowiedzi: czy chodzi o zwykłą niekompetencję, czy o „przemyślaną, proniemiecką politykę, mającą za nic polskie interesy".
Równolegle do krajowej wymiany ognia prezydent Karol Nawrocki uczestniczył w szczycie w Bukareszcie, gdzie dziennikarze zapytali go o obecność Zbigniewa Ziobry w Stanach Zjednoczonych i ewentualny wpływ tej sprawy na relacje polsko-amerykańskie. Nawrocki wyraźnie dystansował się od tematu, zaznaczając, że nie powinno się nim zajmować w towarzystwie zagranicznych gości. Jednocześnie bronił byłego ministra sprawiedliwości, stwierdzając, że Ziobro „nie mógł się spodziewać uczciwego procesu w Polsce".
Prezydent zapewnił, że zarówno on, jak i Donald Trump to „poważni przywódcy swoich państw", którzy wiedzą, co naprawdę jest ważne – a nie jest nim, jego zdaniem, „wiza i wyjazd" jednego człowieka. Wyraził też nadzieję, że nikt w Polsce nie będzie próbował włączać tej sprawy do oficjalnych relacji dyplomatycznych, bo byłoby to – jak ocenił – „niepoważne i nieodpowiedzialne".
Za całą burzą stoją konkretne doniesienia medialne. Agencja Reutera jako pierwsza podała, powołując się na anonimowych urzędników amerykańskich, że Pentagon wstrzymał plany przemieszczenia czterech tysięcy żołnierzy do Polski. CNN uzupełniło obraz, informując, że decyzja szefa Pentagonu Pete'a Hegsetha wpisuje się w szerszy plan redukcji sił USA w Europie.
Rząd i BBN przekonują, że chodzi wyłącznie o zmianę harmonogramu rotacji, a nie o trwałe ograniczenie obecności wojskowej. Opozycja widzi w tym dowód na osłabienie pozycji Polski w NATO. W tym sporze liczby i fakty schodzą na dalszy plan – liczy się narracja. A ta, jak zwykle przed wyborami, jest ostrzejsza niż kiedykolwiek.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze