Ministerstwo Zdrowia szykuje przepisy, które mogą wywołać poważną burzę w środowisku medycznym. Rządowy projekt ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej zakłada powiązanie danych o zarobkach lekarzy z numerem PESEL oraz prawem wykonywania zawodu. Dane zbierałaby Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Nowela trafiła już 7 maja do Komitetu Stałego Rady Ministrów.
Resort zapewnia o transparentności, środowisko lekarskie mówi wprost o ryzyku i braku sensu takich zmian.
Naczelna Izba Lekarska nie kryje sprzeciwu. Jej rzecznik Jakub Kosikowski przekonuje, że AOTMiT już teraz dysponuje wszelkimi potrzebnymi informacjami — o wysokości wynagrodzeń, specjalizacjach, rozmieszczeniu geograficznym specjalistów i rodzajach placówek ich zatrudniających.
„To są bardzo wrażliwe dane. Nie widzimy powodu do ich zbierania, bo takie rozszerzenie nie zwiększa możliwości analitycznych. Pytanie, czemu to miałoby służyć?" — powiedział Kosikowski.
Reklama
Dodał, że ewentualne „kominy płacowe" są już dziś widoczne w danych, które trafiają do agencji. Prezes NIL Łukasz Jankowski przy okazji przybliżył realia zarobkowe.
„Średnie zarobki lekarzy na kontrakcie z sześcioletnią praktyką to 20–30 tys. zł brutto" — powiedział w programie Poranny Ring SE.
Zaznaczył też, że lekarzy zarabiających powyżej 100 tysięcy złotych brutto jest w Polsce około sześciuset i zazwyczaj są to wąscy specjaliści, których rynek po prostu nie ma wystarczająco dużo.
Równolegle ministerstwo pracuje nad drugim, równie kontrowersyjnym pomysłem — określeniem, jaki procent szpitalnego budżetu mogą stanowić wynagrodzenia. Resort celuje w widełki 60–70 procent. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna.
Minister Jolanta Sobierańska-Grenda sama przyznała, że „w niektórych szpitalach na wynagrodzenia przeznaczone jest nawet 106 proc. budżetu, co jest skrajnie trudną sytuacją dla podmiotu."
Wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych Tomasz Paczkowski wskazuje, że osiągnięcie wyznaczonego limitu jest w praktyce niemożliwe bez jednoczesnego podniesienia wycen procedur — na które szpitale nie mają żadnego wpływu.
„Albo zatrzymujemy wynagrodzenia i znacząco zwiększamy przychody poprzez podniesienie wyceny procedur realizowanych w szpitalu i tym sposobem dochodzimy do wskaźnika 60 procent. Albo ograniczamy wynagrodzenia, np. redukując zatrudnienie lub zmniejszając wynagrodzenia w określonych grupach" — tłumaczył.
Sam zaznaczył, że drugie rozwiązanie jest mało realne — szpitale i tak mają poważne problemy kadrowe. Raport Związku Powiatów Polskich potwierdza skalę kryzysu: ponad 90 procent szpitali powiatowych zakończyło ubiegły rok stratą finansową.
Głos w dyskusji zabrał też przewodniczący Porozumienia Rezydentów Sebastian Goncerz, który choć rozumie potrzebę oparcia decyzji na twardych danych, apeluje o zachowanie proporcji.
„Uważam, że jako kraj w wielu przypadkach podejmujemy decyzje polityczne bez żadnych danych albo na bazie danych fragmentarycznych. Decyzje w ochronie zdrowia mają długofalowe reperkusje, należy je prowadzić w sposób przemyślany i poparty danymi merytorycznymi, ale trzeba zachować znaczną ostrożność przy ich zbieraniu" — powiedział PAP.
Reklama
Przywołał przy tym głośny medialny przypadek lekarza, któremu przypisano zarobki rzędu 400 tysięcy złotych miesięcznie — jak się okazało, chodziło o firmę zatrudniającą blisko trzydzieści osób. Goncerz zwrócił też uwagę na specyfikę różnych typów placówek.
Szpitale psychiatryczne z natury przeznaczają duży udział budżetu na wynagrodzenia nie dlatego, że personel zarabia krocie, lecz dlatego że ich praca to przede wszystkim kontakt z pacjentem. Wciąż nierozwiązanym problemem pozostaje też kwestia nadwykonań — NFZ wypłaca za nie jedynie część należności, często z opóźnieniem, co sprawia, że dyrektorzy lecznic do końca nie wiedzą, jakim budżetem realnie dysponują.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze